wtorek, 10 stycznia 2017

Reklama... jogurtu?

Nie patrzyłem na ekran. Usłyszałem za plecami. Zmroziło mnie. Reklamy powinny mieć bardziej przemyślane teksty.

".akoma men - konkretna porcja białka"

Serio...?

środa, 4 stycznia 2017

Nie dla psa kiełbasa

Narzekamy na zbyt wysokie ceny mieszkań, samochodów czy sprzętu stereo. Dziwimy się, że nie stać nas na nowe, zachodnie auto, chociaż przecież pracujemy. Dziwimy się, że dobry zestaw kina domowego z telewizorem to kwestia kilkunastu tysięcy złotych, a przecież chcielibyśmy oglądać filmy w takiej jakości. Dziwimy się cenom win w ekskluzywnych restauracjach, a przecież chętnie byśmy coś wypili pod homara czy inne krewetki. Czemu tak jest?

Prawda jest taka, że świat przekonuje nas o tym, że możemy wszystko to mieć. Że na to zasłużyliśmy. Że to jest norma. A przecież wcale nie jest. Istnieją towary luksusowe, które mają pozostać luksusowe właśnie dlatego, że większości na nie nie stać. One mają być dostępne nielicznym. Tym, którzy mają szczęście. Jeśli ktoś będzie miał szczęście (i dość determinacji), dołączy do ich grona, ale to nie jest tak, że wszystko się każdemu należy.

Obecnie panuje trend, że ktokolwiek po byle jakiej szkole ma się za nie wiadomo kogo, bo w rzeczonej szkole powiedziano mu, że jest wybitny. Ale powiedziano tak każdemu, kto opuszczał mury tej uczelni. Jest więc tak wybitny jak tysiące innych, jak setki tysięcy opuszczających podobne placówki, jak miliony chodzących po tym kraju. Jeśli chcesz być wyjątkowy, zrób coś ze sobą, zamiast zadowalać się opinią ludzi, którym płacisz za te opinie! Jaki mają autorytet? Skoro im ufasz w tej sprawie, to już stawiasz się poniżej nich. Na samym wstępie. Pewnie uwierzysz też wszystkim innym, którzy będą Ci pochlebiać, dla własnej korzyści, a potem obrazisz się na każdego, kto będzie śmiał nie zgodzić się z Twoim zdaniem. Dla odmiany Ty też nie będziesz zgadzał się ze zdaniem innych, Tobie podobnych, więc oni obrażać się będą na Ciebie. Zaczniecie sobie coś udowadniać i... udowodnicie, że cała wasza energia idzie psu w dupę - na udowadnianie czegoś komuś, do kogo nie macie żadnego szacunku. W jakim celu? Zależy Wam na zdaniu tej osoby?

A później piękna pani z telewizji przekona Was, że jesteście wyjątkowi i ten samochód / komputer / rejs statkiem jest właśnie dla was, że na niego zasłużyliście i wystarczy wziąć kredyt, by go zdobyć. Tak - przez chwilę się pocieszycie, ale czy poczujecie jak ludzie, którzy maja to na co dzień? Wątpię. Oni nie mają wizji spłaty rat za chwilowy kaprys, więc cieszyć się będą tym co Wy, tylko na zupełnie innym poziomie. Przy okazji - Wam będzie się wydawać (nawet jeśli tylko przez chwilę), że im dorównaliście. Niestety z ich punktu widzenia zamajaczycie jedynie na horyzoncie. Oni się nie przejmą - nie są zazdrośni o swój świat.

Jeśli ktoś pracuje uczciwie, powinien wylądować w średniozamożnej grupie osób, która bez trudu wiedzie przyjemne i obfitujące w rozrywki życie. To jest poziom, do którego należy dążyć. To jest to, na co powinien móc liczyć człowiek. Godziwe wynagrodzenie za uczciwą pracę nie sprawi, że na koncie pojawią się znikąd miliony, tylko dlatego, że jakiś nikt powiedział, że możesz to osiągnąć i że na to zasługujesz. Nie warto ufać ładnie przystrojonym reklamom pokazującym, że każdy może mieć najnowszego mercedesa, bo nie jest to prawda. A jeśli chce się na niego zasłużyć, to trzeba zacząć od początku, a nie od końca jakim jest jego zakup.

O ile przyjemniej jest mierzyć siły na zamiary i zamiast utyskiwać, że nie stać nas na telewizor na całą ścianę, kupić sobie porządny sprzęt, w którym i tak zobaczymy to samo, a który nie sprawi, że pieniądze będą co miesiąc wysysane z konta. Lepiej jest zapewnić sobie swój własny poziom, niż dążyć do czegoś, co właściwie nie jest nam ani potrzebne ani nawet przydatne. Bo jeśli wpadniemy w taki kanał, nie będziemy potrafili się cieszyć niczym - zawsze pozostanie coś lepszego, czego jeszcze nie mamy. 

wtorek, 27 grudnia 2016

Aktualizacje

Nie posiadam smartfona, gdyż nie jest mi do niczego potrzebny - ze wszelkich udogodnień korzystam w domu, a nie w autobusie, poczekalni, sklepie czy na spacerze. Mam gdzieś tych, którzy korzystają z nich w miejscach publicznych, tak samo jak oni mają gdzieś mnie. Dla nich liczy się tylko telefon i niech tak zostanie.

W domu posiadam natomiast tablet Samsung, którego używam głównie jako platformy do komunikacji (mam aplikacje - komunikatory internetowe). Jest więc włączony cały czas. Poza tą funkcją, lubię czasem sobie w coś zagrać. 

Czego nie lubię, to aktualizacje. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić jaki debil wymyślił, że kiedy tablet leży włączony 24 godziny na dobę, nie może się zaktualizować, natomiast kiedy tylko wezmę go do ręki, chcąc skorzystać z udogodnień technologii, zawiesza się aktualizując gruntownie całe oprogramowanie i wszystkie aplikacje?

Co za debil wymyślił, że stanie się to dopiero po wyjściu ze stanu stand by? Wtedy, kiedy będę chciał użyć urządzenia nie będę mógł tego zrobić. Żeby jeszcze ktokolwiek pytał mnie o zgodę na te aktualizacje, mógłbym uznać sensowność robienia ich akurat w tej chwili - kiedy mam odpalony tablet przed sobą. Jednak nie dostaję żadnych pytań a tylko powiadomienia, że ta czy tamta aplikacja się aktualizuje. Nie mogę tego przerwać ani temu zapobiec - muszę za to obserwować jak postępuje aktualizacja zanim skorzystam z tabletu tak, jak to sobie zaplanowałem. Szczególnie drażniące, gdy włączam tablet by sprawdzić za ile odjeżdża autobus - w takim wypadku czekanie 10 minut na wszystkie aktualizacje mija się z celem. Oczywiście, kiedy odłożę tablet, by zaczekać aż aktualizacja się skończy, tablet przechodzi w stan czuwania i kolejne aplikacje czekają, aż znów włączę go, by skorzystać z aplikacji...

Czy na prawdę w jednej z największych firm technologicznych na świecie siedzi jakiś kretyn, który uznał, że taki sposób aktualizowania oprogramowania będzie najlepszy i najefektywniejszy?

piątek, 1 lipca 2016

Relacje (przyszły) pracodawca - (przyszły) pracownik

Rynek pracy jest jaki jest, ale zastanawia mnie, dlaczego dzisiejsi potencjalni pracodawcy tak bardzo skarżą się na przyszłych pracowników? Dlaczego rekrutujący w firmach nie chcą rekrutowanemu nic powiedzieć, a każdy strzęp informacji uważają za "zbyt wiele". Dlaczego "rozmowa o pracę" bardziej niż rozmowę przypomina przesłuchanie?

Typowo odbywa się to tak:

  • Osoba szukająca pracy wysyła setki CV, odpowiadając na każde ogłoszenie, które ją zainteresuje (większość ogłoszeń jest tak enigmatyczna, że trzeba wysłać CV w ciemno, nie wiedząc ani jaki typ umowy jest oferowany, ani jakie wynagrodzenie, a często nie znając opisu stanowiska czy zakresu obowiązków).
  • Telefon z danego ogłoszenia dzwoni po miesiącu, czasem trzeba czekać na niego jeszcze dłużej. Osoba dzwoniąca nie przedstawia się, nie mówi o jaką firmę czy stanowisko chodzi, spodziewając się, że aplikujący na stanowisko złożył tylko tę jedną ofertę i od miesiąca czeka na telefon, by podjąć pracę w tej jednej jedynej firmie. Po pytaniu "czy wysyłał(a) pan(i) do nas CV?", na które każdy odpowiada, że tak, choć absolutnie tego nie pamięta, następuje drugie "czy jest pan(i) zainteresowany/(a) podjęciem pracy?". Przy czym, jeśli zadasz jakiekolwiek pytanie, to źle wpływa na pracodawcę (bo on uważa to za stratę czasu, że chcesz się dowiedzieć czegoś już przez telefon, lepiej żebyś przejechał przez pół miasta. Pracodawca nie lubi też, gdy jesteś "wybredny" i nie chcesz "umowy o dzieło" na śmieciową stawkę lub zapytasz nie daj Boże o wynagrodzenie). Większości informacji pracodawca "nie udziela przez telefon", lub osoba dzwoniąca "nie jest uprawniona do udzielania informacji".
  • W końcu jedziesz na rozmowę o pracę i znów szok. Osoba, która ma rozmawiać zupełnie nie jest przygotowana do rozmowy. Zadaje jakieś bzdurne pytania, sprawdza jakieś niuanse i zadaje pytanie "ile chciał(a)by pan(i) zarabiać", zanim powiedzą ci cokolwiek o wykonywanych obowiązkach czy podejmowanej odpowiedzialności. Na odpowiedź, że to zależy co mam robić, słyszysz często "ale tak najmniej, to ile?". W takim wypadku nie miej złudzeń - szukają kogoś za najniższą krajową (a zdarza się, że za mniej), bo skoro nie ważne jakie masz obowiązki, tylko ile chcesz, to znaczy, że pracę może wykonywać każdy, a jej jakość nikogo nie obchodzi. 
  • Na koniec rozmowy (a właściwie przesłuchania, bo wiele twoich pytań pozostało bez odpowiedzi), słyszysz "zadzwonimy do końca tygodnia". Przy czym nie licz na to, że ktokolwiek zadzwoni, jeśli nie będą zainteresowani twoją kandydaturą. Nawet jeśli powiedzą, że zadzwonią także w przypadku odmowy. Jak dotąd słyszałem o jednej firmie, która zadzwoniła, by poinformować, że jednak nie są zainteresowani. I jest to chlubny wyjątek.
Po całym procesie nie wiesz sam(a), czy to właściwie oferta dla ciebie. Przeważnie nie spełnia ona twoich wymagań w nawet najmniejszym stopniu, a brak przygotowania rekrutującego wpływa na ciebie deprymująco. W takiej sytuacji wyprowadzają cię z równowagi stwierdzenia pracodawców.
  • W kraju nie ma bezrobocia - szukamy na to stanowisko już od miesiąca i nikt nie jest zainteresowany. Tak - szukacie niewolnika za głodową stawkę, który będzie pracował po 12 godzin dziennie, przejmując obowiązki wszystkich w firmie, którzy są starsi stażem. Powodzenia.
  • Pracownicy marnują nasz czas, przychodzą na rozmowę, chociaż nie są zainteresowani. Może napiszcie w końcu w ogłoszeniu kogo i na jakich warunkach szukacie, zamiast wypisać tylko jakie wymagania trzeba spełniać? To wy marnujecie czas pracownika, a jeśli firma, która zatrudnia setkę pracowników biurowych nie posiada nikogo, kto jest w stanie sformułować klarowne ogłoszenie, to znaczy, że szukacie właśnie takiego pracownika. Nie? A kogo?
  • Pracownik jest bezczelny. Chciał tyle kasy za tak łatwą robotę. Nie - pracownik chciał godziwego wynagrodzenia, chociażby za spędzony w pracy czas, skoro nie ma niczego bardziej skomplikowanego do zrobienia na stanowisku, którego wymagania to dwa języki obce, biegła obsługa programów biurowych, prawo jazdy i znajomość podstaw księgowości (nie wspominając o dyspozycyjności, umiejętności pracy w stresie i obsługi klienta).
A na koniec słówko o Anglikach, którzy byli za wyjściem z Unii Europejskiej, by pozbyć się Polaków z rynku pracy. Skoro twierdzicie, że przyjeżdża do was Polak, obcokrajowiec bez znajomości języka i bez żadnych kwalifikacji i kradnie wam pracę, to może w końcu czas znaleźć sobie prace, w której kwalifikacje są wymagane i której taki "nikt" nie będzie w stanie ukraść pierwszego dnia?

wtorek, 24 maja 2016

Błaznem być

Bycie błaznem na królewskim dworze to było bardzo trudne i odpowiedzialne zadanie. Przy tym niezwykle ryzykowne. Błazen miał zabawiać króla i dwór, będąc jednocześnie jedyną osobą, która mogła drwić z władcy. W każdej chwili zbyt ostry dowcip mógł zdenerwować króla, a nie trzeba dodawać, że byli to ludzie wybredni, przyzwyczajeni do tego, co najlepsze. Jednocześnie zbyt powściągliwy żart mógł władcę znudzić i gdy ten uznał, że błazen przestał się sprawdzać, potrafił pokazać swą złość w sposób bardzo ostateczny. Dla błazna.

Błaznowanie więc było stałym balansowaniem na krawędzi i spełnianiem żądań władcy, zanim jeszcze te się pojawią. Do tego ciągle należało przewidywać nastrój króla, by jak najlepiej mu sprostać. Nie można było posunąć się za daleko, ale i zbyt daleko od tej granicy pozostać po bezpiecznej stronie.

Obecnie większość pracowników traktowanych jest właśnie w ten sposób. Należy przewidzieć żądania pracodawcy, wiedzieć czego zechce, jeszcze zanim to zleci, bo gdy mówi, że czegoś potrzeba, to zawsze jest na wczoraj. Czasu jest zbyt mało, by zrobić coś dobrze, należy więc robić wszystko "wystarczająco dobrze", by "przeszło" i zostawiło wystarczająco dużo czasu na wykonanie pozostałej pracy. Współczesny władca ma bowiem poczucie, że może dysponować dowolnie czasem swoich podwładnych i skoro nie są w stanie zmieścić się w czasie pracy z robotą, która wymaga tego czasu dwa razy tyle, to jest to wyłącznie ich problem, a gdy chcą iść na urlop, to powinni wcześniej zarwać kilka nocy, a najlepiej odpracować go w weekend.

Do tego pracownik musi balansować na krawędzi, by nie zawracać szefowi dupy czymś, co jest "poniżej jego kompetencji", ale nie wykazywać też zbytniej samodzielności, by szef nie pomyślał, że chcą go przeskoczyć. Często poza tym muszą lepiej od pracodawcy wiedzieć czego ten tak na prawdę potrzebuje, bo polecenia są sprzeczne albo bez sensu. Wielu szefów dostając lepiej opracowany temat, nie potrafi z niego skorzystać, za to otrzymując wszystko przygotowane tak jak chcieli, okazuje się, że dane nie są dostateczne.

Witajcie więc na "dworach" współcześni błaznowie, próbujący balansować na linie, by zarobić na minimum płacowe, które starczy ledwie na rachunki i podatki. Jesteście samodzielni, dumni i nie przyznacie się do tego, ale błazenadę odwalacie codziennie, bo po prostu trudno inaczej. Codziennie też liczycie na zmianę dworu i znalezienie łagodniejszego władcy. Z nadzieją wyglądacie trochę grubszej i bezpieczniejszej liny, by balansować było wam nieco lżej.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Wychowanie i Edukacja

Kiedy byłem jeszcze małym brzdącem, zapytałem mamy, będąc z nią w teatrze, co to jest "foyer" (fuaje), gdyż było to nowe dla mnie słowo. Dowiedziałem się, że to takie pomieszczenie koło widowni, przeznaczone do spotkań towarzyskich przed spektaklem, po i w antrakcie, gdzie można porozmawiać ze znajomym, zjeść coś czy wypić, gdyż na widowni nie można tego robić. Zapamiętałem sobie tę naukę, gdyż nie była zbyt trudna czy skomplikowana. Miałem wtedy koło 10 lat (może mniej, na pewno nie więcej).

Jakie było moje zdumienie, gdy będąc w teatrze nie tak dawno, zobaczyłem grupę (chyba) gimnazjalistów, którzy na widowni ganiali między krzesełkami, krzyczeli do siebie, jedli chipsy i pili napoje gazowane (te dwie ostatnie czynności uskuteczniali niezależnie od tego, czy akurat było przedstawienie, czy też byłą przerwa). Panie opiekunki zupełnie nieprzejęte siedziały z boczku, żeby nikt ich z brygadą brykających młodzieńców nie łączył. Zupełnie, jakby edukacyjna rola "wyjścia do teatru" ograniczała się do przyswojenia treści sztuki oraz poprawnego wymienienia postaci w niej występujących. A gdzie lekcja zachowania się w teatrze? W ogóle w miejscu publicznym? Cokolwiek?

Ale z drugiej strony, czemu się dziwić? Żyjemy w czasach, gdy rodzice uciekają od wychowywania dzieci, twierdząc, że mają "ważniejsze sprawy". Tak, jakby istniały jakiekolwiek ważniejsze sprawy. Rodzice twierdzą, że dzieci są w szkole, więc to sprawa szkoły. Szkoła ma gdzieś użeranie się ze smarkaczami, których rodzice mają gdzieś ich wychowywanie i nie przyłożyli do niego ręki. Koło się zamyka.

Wynikiem tego są nieumiejący się zachować, nie znający kultury młodzi ludzie, którzy kombinują tylko, jak coś ukraść w pracy (bo przecież rodzice jasno pokazali, co jest w życiu najważniejsze), wykłócić się o cokolwiek (bo rodzice tak widzą obecnie "walkę o dobro dziecka" - mi się należy, bo jestem z dzieckiem), przechytrzyć innych sobie podobnych i generalnie być największym cwaniakiem. To właśnie taki jest obecnie trzon społeczeństwa i mało kto zrozumie już apel o to, by coś sobą reprezentować, by robić cokolwiek dla społeczności w jakiej się żyje, nawet jeśli za to nie płacą, by znać się choć trochę na literaturze, sztuce... albo choć trochę na wykonywanej pracy, bo w pogoni za pieniądzem nawet ta sfera kuleje. Dość powiedzieć, że "specjaliści" w dziedzinie o której posiadam szczątkową wiedzę, często wiedzą mniej na dany temat niż ja. A to bardzo niedobrze. Udając się do fachowca mam nadzieję na fachową obsługę, a spotykam się z nieukiem, który posiada niezbędne uprawnienia (bo dostał je po znajomości), ale osobiście wykonałbym powierzone mu zadanie lepiej i szybciej. Na domiar złego mało kto ma w sobie tyle wstydu, by przyznać się do błędu i nie popełniać go ponownie, by douczyć się, gdy zauważy jakieś braki w swojej wiedzy podczas wykonywania powierzonego zadania czy w końcu do pilnowania samego siebie - od tego według nich są inni. I wszyscy oczywiście się mylą.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Słowa, które kłamią

Zorientowałem się, że nastały czasy PRu. Nie jest już istotne to, co kto robi, jakie ma dokonania i co sobą reprezentuje. Teraz liczy się tylko to, jak się zaprezentuje. Kto lepiej udaje, ten lepiej wygląda. A ludzie ślepo w to wierzą. Specjaliści stworzyli więc listę słów o pozytywnym wydźwięku, za którą maskują chamstwo, nieudolność, słabość i głupotę. Najgorsze, że wszyscy się na to łapią.

Nie oglądam raczej telewizji i kiedy czasami zdarzy mi się coś obejrzeć, jestem zaskoczony niskim poziomem programów rozrywkowych, brakiem merytoryczności programów informatycznych i pseudo-naukowych, niedouczeniem prowadzących te programy. Wystarczy zwrócić uwagę na ubogie słownictwo. Po takim zderzeniu z rzeczywistością wywiązała się dyskusja i dotarło do mnie, że telewizja może i zaniża poziom widzów, ale także obniża loty, by szersze rzesze widzów mogły zrozumieć co pokazuje. Niestety nasze społeczeństwo nie podejmuje wysiłku intelektualnego, nawet nie czyta już literatury, a to skutkuje zmniejszeniem zasobności słownictwa, używaniem coraz to większych skrótów, zaniedbaniem gramatyki i interpunkcji. Członkowie społeczeństwa stają się zombie, które nic nie tworzą, umieją wyrażać tylko najprostsze potrzeby i skupiają się na funkcjonowaniu, nie dając nic od siebie. Zatracając swoją indywidualność. Nic dziwnego, że coraz chętniej nabierają się na gładko (i mądrze) brzmiące słówka, które coraz gorzej rozumieją.

Pierwszym takim szeroko rozpowszechnionym słowem jest "Zdrowie". Przeciętny bloczek reklamowy w ponad połowie składa się z reklam, które opierają się na zapewnieniu widza, że dany produkt dobry jest dla jego zdrowia. Są to reklamy leków, suplementów, kosmetyków, żywności, chemii gospodarczej i tak dalej. Nikt nie zagłębia się w skład produktu, nie sprawdza jego działania, nie zastanawia, czy produkt jest mu w ogóle potrzebny (na przykład dany suplement diety). Liczy się opinia zasłyszana w telewizorze - że zdrowe. 

Dochodzi także do absurdów, które tłumaczone są "zdrowiem". Przyjaciel mieszka w bloku i drzwi w drzwi ma sąsiada, który pali papierosy na klatce schodowej. Oczywiście dym przeszkadza innym mieszkańcom, bo snuje się po całym piętrze. Sąsiadowi zwracano uwagę wielokrotnie, ale bezskutecznie. W końcu wywiązała się dłuższa dyskusja, w której sąsiad tłumaczył się, że w domu nie może palić ze względów zdrowotnych, ale w ogóle palić musi, bo lekarz mu zalecił, gdyż ma astmę i po paleniu przez tyle lat niezdrowo by było, gdyby rzucił. Na sugestię, że na astmę dobre byłyby spacery, więc mógłby wychodzić na papierosa przed dom, sąsiad stwierdził, że jest zimno, więc mógłby się przeziębić. A więc znów zdrowie. 

Jak widać na powyższym przykładzie określenie takie jak "Kultura Osobista" zdążyło się zdewaluować, wyparte przez "Względy Zdrowotne", które przecież wszystko zawsze tłumaczą. A wydźwięk mają wybitnie pozytywny, wzmocniony przez media. Zastanawiające jest, że wiele osób "dla zdrowia" chodzi na siłownię, ale prawie wszyscy dojeżdżają na nią samochodami. Jadą więc samochodem, by pojeździć na stacjonarnym rowerku. I każdy zapytany ma na to gotową odpowiedź, jakby przemyślaną. Nie warto nawet przytaczać.

Do tego dochodzi jeszcze znienawidzone przeze mnie "nikt mi nigdy nie zwrócił uwagi", którym wiele osób tłumaczy swoje chamstwo, brak wychowania, kombinatorstwo i niechlujstwo, zaraz obok "inni też tak robią". Tu jednak korzenie ma wychowanie. Dzieciom tłumaczy się, że coś jest zachowaniem złym i "jak cię złapią, to będzie kara". Dziecko rozumie z tego tylko, że mają go nie złapać, bo własnie taki sygnał mu dajemy. Zatem tak długo, jak go nie przyłapią, wszystko jest dobrze. A do tego, skoro kolega też tak robi i mu się udaje, to dlaczego nie? To właśnie dlatego ważna jest argumentacja. Jeśli wytłumaczymy dziecku, że coś jest niekulturalne, że nie wypada, że jest wstrętne i obrzydliwe, to większa jest szansa, że tak wyedukowana osoba nie będzie się tak zachowywać jako dorosły, a innym zachowującym się w ten sposób zwróci uwagę. Niestety pojawia się czynnik koleżeństwa, chęci bycia lubianym i znów wracamy do systemu, w którym nie można zwrócić nikomu uwagi, lepiej jest się więc przyłączyć. Dorośli nie potrafią pilnować się sami, więc jeśli nikt nie patrzy, to wina pilnującego, że udało mi się ukraść z pracy długopis czy kalkulator (przeważnie jednak sporo więcej, ale to przecież tylko dlatego, że okazja była - nikt nie uważa się za złodzieja).

Przykładem niech będą drobiazgi - przychodzenie do pracy w niechlujnym stroju (bo ja "wyrażam siebie" - kolejne modne hasło), zbyt długie i częste przerwy na kawę, papierosa, śniadanie, lunch. Ludzie pracujący w biurze, nad którymi nikt nie stoi nie czują, że powinni pracować przez większość z ośmiogodzinnego dnia pracy. Oni uważają, że muszą trochę popracować, ale przecież mają prawo do przerwy (i używają go do każdej przerwy, nawet co kwadrans, bo przecież jeśli nikt nie zwrócił uwagi na to, że miałeś przerwę, to kto zwróci uwagę, że masz kolejną, no a poza tym wszyscy tak robią), a pracują najpilniej, gdy w biurze pojawi się kierownik. Najpilniej, czyli tak, jak powinni pracować przez cały czas, ale oni uważają, że zwierzchnik, a w szczególności prezes, to ktoś, kto wymaga od nich nadludzkich osiągnięć. Nie zwracają uwagi na to, że to osoba, która ich zatrudniła, płaci im i zasługuje na szacunek, wyrażany choćby tym, by pracowali tak, jak się do tego zobowiązali. Zawsze uważałem, że żadna praca nie hańbi, pod warunkiem, że wykonuje się ją najlepiej jak się da. Niestety z moich obserwacji wynika, że pracujący uważają, że ich praca hańbi i wykonują ją na odwal się, "jak wszyscy". Dobrze pracujący są wyjątkami.

Nadszedł czas, gdy ludzie szczycą się ignorancją. Bez trudu mówią o tym, że "nie znają matematyki, bo są raczej humanistami", a "ostatnia książkę czytali w szkole". Pasji nie mają, bo nawet jeśli jakieś mieli, to dawno zamienili je na nadgodziny w firmie. Są nawet uzasadnienia w postaci mądrych słów: Sumienność, Obowiązkowość, Pracowitość. Nie mają, biedactwa czasu i siły na czytanie, bo cały dzień ciężko pracują. I brzmi to pozytywnie. Niestety, to nie są ludzie, którzy cały dzień kują kilofem w kopalni, czy przerzucają ręcznie towar w porcie morskim. To przeważnie ludzie, którzy dzień zaczynają od kanapki i prasówki, a większą jego część spędzają, czytając na facebooku "mądrości", wypisywane przez im podobnych "ciężko pracujących" znajomych, którzy także nie czytając i niczym się nie interesując, mają zadziwiająco dużo do powiedzenia na aktualne tematy, jak "kto jest właścicielem czyjej macicy" i "w co kliknąć, żeby pomóc dzieciom w Afryce".

O mądrym słowie "Ekologia" pisałem już wcześniej, zatem powtarzać się nie będę - kto ma ochotę, ten sobie przeczyta. Napiszę za to o "Wolności", która jest najbardziej chyba nadużywanym pojęciem. Samo słowo ma bardzo pozytywny wydźwięk. Nieco mniej, gdy sąsiad, parkujący pod oknem mojej sypialni i odpalający swój leciwy i nie najcichszy samochód codziennie o 4 rano, bo "na ryby jedzie", tłumaczy, że "jemu tu wolno parkować, bo zakazu nie ma". Nie ma przede wszystkim sposobu, żeby mu tego zabronić, bo zakazu może i nie ma, ale jest znak informujący o drodze przeciwpożarowej, której zastawiać nie wolno. Ale przecież to nie powód, by sąsiadowi bronić jego prawa do wolności. Niestety straż miejska na terenie wewnętrznym spółdzielni interweniować nie chce, a spółdzielnia nie ma służb, które mogłyby sąsiada upomnieć. Pozostaje chyba stary sposób z gwoździem wzdłuż karoserii, ale jakoś nie mogę się zdobyć. Wśród innych sąsiadów, którzy także parkują samochody pod oknami (ale poruszają się nimi w bardziej ludzkich godzinach) spotkałem się z odpowiedziami wskazującymi na "brak miejsc gdzie indziej", co prawdą nie jest, ale dla posiadacza samochodu pomysł, by przejść do niego sto metrów jest nie do pomyślenia - taką odległość to on podjeżdża. Ponadto "Bezpieczeństwo" - bo on chce swój samochód mieć na oku. Nic jednak nie wskazuje na to, by całą noc siedział w oknie i obserwował, a odległy o sto metrów parking strzeżony jest pusty (bo płatny, a przecież wydał już na samochód, opony, ubezpieczenie, paliwo, to gdzie on jeszcze będzie płacił dodatkowe sto złotych - jego nie stać). 

Odmianą "Wolności" jest też "Wolność Słowa". Dosłownie za każdym razem, gdy ktoś na przemądrym facebooku obrazi jakąś grupę społeczną czy etniczną, walnie jakąś wyjątkową bzdurę, którą ktoś ma mu za złe lub zwyczajnie się pomyli, nie przeprasza, ale tłumaczy się posiadaniem Wolności Słowa. Nikt już nie pamięta do czego była ona potrzebna. Teraz jest to mądrze brzmiące uzasadnienie każdej głupoty. Czas jakiś temu głupia dziewczynka napisała na tablicy mojej przyjaciółki, że cieszy się że opuściła "to zoo" (Polskę). Odpisałem jej, że Polska jest moim krajem i jeśli ona życzy sobie mieszkać gdzie indziej, to niech tam mieszka, ale niech nie obraża ludzi, którzy mieszkają tutaj i są z tego dumni. Dziewczę było dumne ze swojego "antypatriotyzmu", więc zasugerowałem jej, by oddała dyplom wyższej uczelni, który zdobyło w tym, jak uważa "zoo" i nie wypowiadało się na takie tematy. Dodałem, że miarą kultury człowieka jest szanowanie innych i że nie napisałbym tak o nikim, nawet jeśli miałbym go w dupie. Koleżanka, która była założycielem tematu, napisała, żebym nie obrażał jej koleżanki, która ma prawo pisać co chce w imię "Wolności Słowa", ja natomiast ją obraziłem, a do tego "zanieczyściłem jej walla słowem dupa". Dla mnie to zabrzmiało jak żart i postanowiłem nie odpisywać. Chyba każdy ma taki poziom, poniżej którego zniżyć się nie umie.

Na zakończenie tego przydługiego tekstu (ale dawno nic nie wrzucałem) chciałbym pokazać różnicę w wydźwięku dwóch jednakich znaczeniowo słów. "Bezrobotny" i "Niepracujący" mają to samo znaczenie, ale pierwsze brzmi negatywnie, podczas gdy drugie już nie tak bardzo. Szczególnie, gdy zestawimy je ze słowem matka - "Bezrobotna Matka" to coś złego, ale "Niepracująca Matka", to norma. Szczególnie, że każdy, kto nie wychodzi do roboty na osiem godzin, przez nasze społeczeństwo brany jest za nieroba (parafrazując klasyka).

niedziela, 13 marca 2016

A masz, a masz!

Najważniejszym wydarzeniem w kraju, które pojawia się w mediach od jakiegoś już czasu, jest sprawa teczek. Nie wiem po co...

Jasne - rozumiem, że Jarek K. Nie lubi Leszka W., bo Leszek czegoś dokonał, podczas gdy Jarek cały czas pozostawał w cieniu brata i wszystkich innych i bał się zrobić cokolwiek, co miałoby znaczenie. Jestem w stanie zrozumieć ten okrzyk bezsilności, gdyż tak robią mali zawistnicy. Serio - przedszkola pełne są takich sytuacji. Dlatego właśnie Jarek chce, żeby ludzie dowiedzieli się, co Leszek zrobił 40 lat temu i zapomnieli o dużo ważniejszych rzeczach, których dokonał 30 lat temu. 

To, czego nie rozumiem, to dlaczego wszyscy tak się tym ekscytują? Nagle media huczą, internet im wtóruje i wszyscy są znawcami tematu. Drodzy rodacy, zrozumcie, że my swoich żywych symboli narodowych wielu już nie mamy. Zniszczono je, najpierw w czasie wojny, a później w czasie lat socjalistycznej okupacji. Kilku ludzi, którzy coś dokonali nadal żyje i warto dobrze ich pamiętać, bo gdyby nie oni, to Jarek mógłby tak samo ściskać małe piąstki, ale nie mógłby z pewnością publikować żadnych dokumentów. Ba - bałby się nawet głośniej odetchnąć. 

Pamiętajcie wielkich ludzi za to, czego dokonali i pomimo wszystkiego innego. Z tego samego powodu Anglicy nie wspominają o umiłowaniu Churchilla do alkoholu, czy o tym, że zdradził swoich sojuszników, bo tak było łatwiej. Bo mówienie o tym nie współgra z poziomem kulturalnych ludzi. Bo symboli narodowych należy strzec, a nie wywlekać na forum światowe. Bo to, jak je szanujemy świadczy o wszystkich Polakach.

Nobla za darmo nie dają, nie każdy przemawia w Kongresie. Jak bardzo więc Jarek będzie krzyczał z bezsilności, warto go w tej bezsilności pozostawić samego. To, że "nasza władza" nie radzi sobie z emocjami i nie daje radu tłumić osobistych animozji podczas uprawiania polityki nie znaczy jeszcze, że obywatele mają zniżać się do jej poziomu.

środa, 4 listopada 2015

Unijna Ekologia

Zdziwiłem się bardzo, gdy podczas rozmowy ze znajomymi ktoś jako wkład Unii Europejskiej przytoczył walkę o ekologię. Okazało się, że istnieją ludzie na tyle zaślepieni, że wierzą, że przepisy o ograniczeniach w emisji różnych substancji i karach finansowych wprowadzane są w celu ochrony środowiska...

Moi drodzy - przepisy te wprowadzane są w celu wyłącznie finansowym a chodzi głównie o zapewnienie rynków zbytu. Sytuacja ma się tak, że "rozwinięte" kraje Unii mają nadprodukcje - produkują więcej surowców niż im potrzeba (węgla, cementu, chemii, etc.). Kraje słabiej rozwinięte (tutaj zaliczam także nasz kraj) produkują zaś tych surowców więcej, bo więcej ich zużywają. Produkują więc na własny użytek. Unia uważa, że ogólnie podczas produkcji tych surowców powstaje zbyt wiele zanieczyszczeń. Należy więc zlikwidować część produkcji. Zamiast jednak likwidować tę część, która jest nadprodukcją w krajach "rozwiniętych", ustala się normę produkcji tak, by zamknąć część fabryk w tych krajach, które wykorzystują całą swoją produkcje (bo tak jest po równo). Więc to w Polsce zamyka się z tego powodu fabrykę, zwalnia ludzi, a następnie kupuje od Unii te nadwyżki, których teraz, po zamknięciu fabryki brakuje. Nie wytwarzamy więc, powiększamy bezrobocie i jesteśmy zmuszeni sprowadzać surowce.

Gdyby chodziło o środowisko, pozwolono by produkować surowce tam, gdzie są użytkowane, gdyż zanieczyszczenie środowiska przez transport dokłada się do bilansu. Chodzi jednak o to, by pozbyć się nadwyżek produkcyjnych, a nie o ekologie. Dla ekologii nieważne jest które fabryki zamkniemy.

Proszę więc wszystkich ekomaniaków, by chociaż spróbowali przemyśleć swoje słowa, zanim zaczną wypowiadać sie o Ekologicznej Unii Europejskiej i jej eko-ustawach.

sobota, 17 października 2015

Lekceważenie Przeciwnika

Wiele ostatnio słyszałem na temat przeciwników Polski w kontekście piłkarskim, ale spostrzeżenia mają zastosowanie w każdej dziedzinie życia, w której istnieją przeciwnicy czy też wrogowie - od wojen poprzez sporty aż do kłótni w internecie.

Wszędzie tam, gdzie występuje rywalizacja, prędzej czy później pojawiają się stwierdzenia typu "jest dla mnie za słaby", "to taki nikt", "jest do niczego". Zawsze mnie bawiło to, w jak nieumiejętny sposób adwersarze obrzucają się takimi stwierdzeniami zupełnie na poważnie. Jeśli ktoś nie jest dla mnie przeciwnikiem (lub partnerem, choćby do rozmowy), oznajmiam mu to, po czym przestaję z nim konkurować - w końcu skoro jestem ponad, to nie ma sensu tego udowadniać, bo i komu? Temu, kto nie jest tego godzien? 

Stwierdzanie zatem, że przeciwnik jest "nikim", to jednocześnie przyznawanie się, że sami rywalizujemy z bardzo słabymi przeciwnikami. Jak to o nas świadczy? Że nie stać nas na lepszych! Lepiej doceniać przeciwnika, bo w ten sposób podnosimy własny prestiż, a po wygranej będziemy mogli powiedzieć, że zwalczyliśmy taaakiego wroga! Zwycięstwo nad kimś niegodnym mierzenia się z nim to żaden prestiż.

Inną sprawą jest to, że czasami zdarza się nam przegrać (szczególnie, jeśli my o wrogu mówimy, że nie warto o nim wspominać, ale on mówi to samo o nas - któraś strona będzie musiała przełknąć gorzką pigułkę przegranej). Co wtedy? Pokonał nas taki nikt? Może lepiej, gdybyśmy stworzyli wrażenie, że to trudny przeciwnik, z którym nie wstyd przegrać, zamiast zwalać na sędziego czy zamknięty dach na stadionie?

Tak więc z przeciwnikiem docenionym wygrana cieszy bardziej, a przegrana boli mniej. Z przeciwnikiem lekceważonym wygrana to norma, natomiast przegrana to wstyd. Bilans chyba mówi sam za siebie.

Poza wszystkim, nielekceważenie przeciwnika jest oznaką kultury, ale to oczywiście w świecie kulturalnych ludzi, a nie zawsze na takiego adwersarza trafimy. Więc pamiętajcie - nie kłóćcie się z idiotą, bo was sprowadzi do swojego poziomu i wykończy doświadczeniem.

piątek, 9 października 2015

Nowi Bezglutenowi

Ostatnio dużo słyszy się o osobach uczulonych na gluten lub przebywających na diecie bezglutenowej z powodu zdrowia, mody, czy chęci schudnięcia. Hasła modne, ale większość z nas nie wie nawet czym jest gluten, nie mówiąc już o tym, co powoduje. W poniższym tekście postaram się w jak najmniej naukowy sposób wyjaśnić, czym właściwie jest złowrogi gluten i w jaki sposób działa na nasz organizm.

Co to jest Gluten?

By odpowiedzieć sobie na to pytanie, potrzeba niestety kilka naukowych słów. Gluten jest to mieszanina białek roślinnych, znajdująca się w niektórych zbożach. To właśnie ona sprawia, że surowe ciasto jest klejące. Gdyby wyodrębnić z ciasta sam gluten, co można robić poprzez wymycie skrobi z surowego ciasta, miałby on konsystencję gumy do żucia i kleiłby się do wszystkiego.

Jak działa gluten?

Teraz, kiedy już potrafimy sobie wyobrazić tę złowrogą substancję, łatwiej nam będzie uzmysłowić sobie, co gluten robi we wnętrzu naszego przewodu pokarmowego. Po zmieszaniu z płynami (szczególnie z produktami mlecznymi), masa na bazie glutenu przyjmuje konsystencję budyniu, dokładnie oblepiającego wnętrze naszego układu pokarmowego. To z kolei sprawia, że soki trawienne, wydzielane przez ścianki żołądka i jelit, zanim dotrą do spożytego pokarmu, muszą się najpierw przedrzeć przez warstwę glutenowego budyniu, co opóźnia cały proces trawienia. W skutek tego, pokarm dłużej zalega w układzie pokarmowym, a do tego nie jest trawiony tak dokładnie, jak miałoby to miejsce w niezanieczyszczonym środowisku. Do organizmu trafia mniej substancji odżywczych, więc musimy jeść więcej i więcej. To w oczywisty sposób wpływa na przybieranie na wadze, dlatego właśnie dieta bezglutenowa jest tak skuteczna, a przy tym jest to jedna z najzdrowszych i najbardziej racjonalnych diet.

Ile to kosztuje?

Panuje opinia, ze produkty bezglutenowe są dużo droższe od zwykłych. Jest to prawdą tylko po części. Faktycznie kupując w sklepie produkty opatrzone znaczkiem „nie zawiera glutenu” są kilkakrotnie droższe niż te, które znaczka nie posiadają. Jest jednak cała gama produktów, w których zawartość glutenu ogranicza się do ilości, które trafiły doń w czasie procesu produkcji. W takim przypadku, glutenu w produkcie jest na tyle mało, że problem mogą z nim mieć jedynie osoby na gluten uczulone (około 1% populacji), ale nie przeszkodzi tym, którzy chcieliby wprowadzić do jadłospisu dania bezglutenowe, by oczyścić organizm z tej substancji. Warto więc zrezygnować z produktów z białej mąki, gdyż zawiera ona najwięcej glutenu, a przejść na przykład na mąkę ryżową czy kukurydzianą, nawet jeśli nie posiada oznaczenia „gluten free”. Pamiętajmy jednocześnie, że gdy oczyścimy przewód pokarmowych z oblepiającego go glutenu, zaczniemy jeść mniej i wykorzystywać więcej substancji odżywczych z pożywienia, zatem zmaleje ilość kupowanego jedzenia, co poza obwodem talii będzie miało także wpływ (choć odwrotny) na grubość portfela.

Czy istnieje smaczna dieta bezglutenowa? Dieta bezglutenowa nie musi być niesmaczna. Ba – większość ulubionych dań (choć nie wszystkie – to prawda) da się przyrządzić w sposób bezglutenowy tak, by ich smak nie ucierpiał. Co prawda potrzebować będziemy więcej czasu, by więcej dań przygotowywać w domu, z podstawowych składników, zamiast kupować gotowce. Ale to także wyjdzie nam na zdrowie, gdyż jednocześnie zmniejszymy ilość pochłanianych konserwantów, o których przecież wiemy, że są niezdrowe. Receptury potraw bezglutenowych można znaleźć na sieci w wielu miejscach. Sprawdzone przeze mnie przepisy na dania bezglutenowe znajdują się tutaj. Nie bójmy się zatem diety bezglutenowej i cieszmy się rezultatami, bo jest to jedna z najmniej wymagających i przykrych diet, jakie istnieją. Do tego nie ma kruczków – wszystkie jej aspekty są zdrowe i nie trzeba jej przerywać, by odbudować w organizmie coś, co przypadkowo zniszczyliśmy, jak zdarza się w przypadku innych diet. Nie zaszkodzi nam nawet, jeśli raz na jakiś czas, w związku ze szczególną okazją pofolgujemy sobie. Nie zdążymy bowiem na tyle zanieczyścić przewodu pokarmowego glutenem, by miało to długotrwałe skutki, a organizm szybko sam oczyści się, gdy przywrócimy mu dietę bez glutenu.

poniedziałek, 21 września 2015

Operatorzy Amatorzy

Dzięki uprzejmości przyjaciela, byliśmy w sobotę na koncercie Roxette. Przed występem grały jeszcze inne (polskie) zespoły, ale przyznać trzeba, że to właśnie szwedzki duet wraz z ekipą stworzyli niepowtarzalny nastrój i porwały do zabawy tysiące osób. Temu się jednak nie dziwię, bo grali wspaniale.



Dziwi mnie coś innego - wśród rzeszy ludzkiej, znalazło się kilkadziesiąt (zapewne więcej) osób, które będąc na koncercie na żywo, zamiast cieszyć się bliskością świetnych muzyków, wolało oglądać cały występ na kilkucalowym ekraniku swojego telefonu. O co w tym chodzi?

Jedna dziewczyna zaraz przed nami nieustannie robiła kilkunastosekundowe filmiki, wrzucała na facebooka i natychmiast brała się za robienie kolejnego. Chłopak obok kręcił wszystkie piosenki. Może to i stanowi jakąś pamiątkę, ale jakość filmu wykonanego telefonem na ciemnym stadionie, na elektronicznym zoomie (bo przecież w telefonie nie mieli optycznego) nie będzie taka, byśmy chcieli obejrzeć powtórnie cały koncert - wystarczy nagrać fragment utworu, jeśli ktoś musi mieć jakąś pamiątkę (poza biletem). 

A jednak sporo "operatorów amatorów" nagrywało cały koncert, nieustannie patrząc na artystów poprzez niewielkie ekrany swoich telefonów, tracąc wszystko, czym koncert właściwie jest. Nie oszukujmy się - na koncert (szczególnie na Stadionie Narodowym, gdzie akustyce daleko do ideału) nie chodzi się dla idealnego brzmienia, ale dla bliskości swoich ulubieńców i zabawy wśród tłumu entuzjastów. Pani, która upominała tańczące pary, że na nią wpadają, stojąc w tłumie z telefonem nad głową chyba nie czuła tej atmosfery. A do tego zasłaniała scenę stojącym za nią. Z pewnością teraz siedzi i oglądając swoje "dzieło" przeżywa na nowo każdą (straconą) chwilę.

czwartek, 17 września 2015

Drzewa przy Drodze

Pewien dobrze wszystkim znany rajdowiec stara się doprowadzić do wycinki wszystkich przydrożnych drzew. Pomysł uzasadnia tym, że w Polsce co roku ginie wielu kierowców, którzy wypadając z drogi rozbijają się właśnie na tych drzewach. Kiedy drzewa się wytnie - problem zniknie.

W Polsce ginie też sporo osób potrąconych przy drodze przez samochody, potrąconych na pasach i chodnikach. Wypadki zdarzają się na skrzyżowaniach i to zarówno tych równorzędnych jak i oznakowanych pierwszeństwem a nawet takich, z sygnalizacją świetlną. Często kierowcy powodują wypadki niewłaściwie zmieniając pas ruchu oraz jadąc pod prąd, na przykład podczas wyprzedzania. W tych wypadkach śmiercionośne drzewa nie uczestniczą. We wszystkich za to uczestniczą pojazdy mechaniczne - głównie samochody. Może więc zabronić używania samochodów?

Prawda jest taka, że przyczyną większości tych wypadków jest nadmierna prędkość, niedostosowana do warunków na drodze i umiejętności kierującego. Jeśli kierowca jedzie drogą, to żadne drzewo rosnące obok drogi go nie zabije. To samochód musi wypaść z szosy, by uderzyć w drzewo. Moglibyśmy wyasfaltować cały kraj, a wypadki i tak by się zdarzały. Może więc przestać kręcić kampanię przeciwko drzewom, a zająć się kierowcami? 

Jeśli ktoś boi się jeździć drogami, przy których rosną buki czy wiązy, to może dzięki temu zwolni. Może chociaż wizja nagłej śmierci na pobliskim dębie podziała na wyobraźnię kierowcy, który zdejmie nogę z gazu i nie przejedzie z pełną prędkością przez przejście dla pieszych w pobliżu szkoły. Każdy sposób, by wymusić takie zachowanie jest dobry - w takim celu stosuje się sztuczki spowalniające prędkość przejeżdżających samochodów.

A jeśli Pan rajdowiec życzy sobie zapie...lać ile fabryka dała po drogach, przy których nic nie rośnie, to niech uda się na tor i robi to tam. Ja wolę się czuć bezpiecznie wiedząc, że z jakiegoś powodu ktoś nie będzie wciskał do dechy pod moim domem, czy gdziekolwiek indziej, gdzie mogę przebywać ja lub moja rodzina.

sobota, 29 sierpnia 2015

ZUS oszczędza na ubezpieczonych

To, że składki emerytalne i zdrowotne w naszym kraju dziwnym trafem nie służą zbyt dobrze tym, którzy je płacą wiedziałem od jakiegoś czasu. Nikt nie robi tajemnicy z tego, że instytucje, które nimi zarządzają nie są w najlepszej kondycji. Potwierdzenie tego faktu znajdujemy za każdym razem, kiedy udajemy się na wizytę lekarską, czy dostajemy wyliczenie naszej przyszłej emerytury. Są jednak sytuacje, gdy bardziej boleśnie zdajemy sobie z tego sprawę.

Jakiś czas temu czytałem o kobiecie, u której zdiagnozowano rzadką, ale uleczalną chorobę. Leczenie jednak nie należało do tanich, gdyż niewielka ilość przypadków zachorowań sprawiała, że nie było to schorzenie powszechnie znane. Gdy jednak zdiagnozowano tę chorobę (nie pamiętam już co to było), okazało się, że NFZ nie sfinansuje leczenia (pobytu w szpitalu, opieki lekarskiej), mimo iż w grę nie wchodziła żadna specjalistyczna operacja. W odpowiedzi na pismo kobieta dostała informację, że jej schorzenie jest zbyt mało znane, by fundusz pokrył koszta leczenia. Jak na ironię, kobieta ta nie mogła zrezygnować z ubezpieczenia, więc nadal, chora i nieleczona, zobowiązana była odprowadzać składki...

Żeby daleko nie szukać - jeden z członków rodziny nie dawno był na komisji lekarskiej, po złożeniu podania o skierowanie do sanatorium (jakiś przepis umożliwia emerytom, którzy pracują, więc odprowadzają dodatkowe składki, a mają jakieś schorzenia pobyt w sanatorium). Pani ta ze zdumieniem usłyszała, jak komisja odrzuca jej podanie, za powód podając to, że co prawda pacjentka żyje w ciągłym bólu, ale cierpi na chorobę przewlekłą, więc sanatorium jej się nie należy. W domyśle - nie rokuje poprawy. Owszem, ale te kilka lat temu ta sama pacjentka była w sanatorium i pobyt ten wyraźnie ulżył jej w cierpieniu. To jednak dla komisji nie było istotne. Płacić dodatkowe składki musi jednak nadal - zapewne na tych, którzy "rokują", altruistka...

Kuriozalna sytuacja przydarzyła się także mojemu dobremu znajomemu. Otóż zadzwonili do niego z OFE z informacją, że od kilku miesięcy nie odprowadza składek. Kolega odparł, że przecież składka jest ściągana z jego wynagrodzenia automatycznie i on nic sam nigdy nie przekazywał do OFE. Odpowiedź brzmiała "ZUS nie odprowadza do nas Pańskich składek". Kolegę wmurowało. "Zadzwońcie więc do ZUS w tej sprawie, skoro wiecie, gdzie tkwi problem". "Nie możemy" - odparł głos w słuchawce - "tylko Pan może rozmawiać z ZUS w sprawie swoich pieniędzy".
Kolega zadzwonił więc do ZUS, a tam usłyszał, że ZUS faktycznie od kilku miesięcy nie odprowadza składek do OFE, ponieważ nie ma na to pieniędzy. "Zaraz, zaraz" - odparł kolega. "Skoro ja płace składki, to w tym momencie macie MOJE pieniądze, żeby je odprowadzić na MOJE konto w OFE. Co mnie obchodzi, że nie macie innych pieniędzy?". "To nie takie proste" - odparł głos w słuchawce. Te pieniądze idą na opłaty". "Na opłaty? To za co ja wam płacę? Za zabieranie moich pieniędzy, których po chwili już nie macie, ja wam jeszcze płacę?" - zapytał słusznie wkurzony kolega, ale odpowiedzi się nie doczekał. Coś o procedurach, kosztach...

Refleksja nasuwa się sama - za nasze wysokie składki na NFZ (dużo wyższe niż najdroższe pakiety w prywatnych klinikach) możemy co najwyżej leczyć katar, a pieniądze na emerytury już dawno utonęły w "kosztach" ZUS i nie istnieją. Ale płacić musimy nadal, żeby znikać miało co...


niedziela, 9 sierpnia 2015

Realizator vs Kibic

Czasem oglądam sport (głównie piłkę nożną), ale prawdziwym kibicem jest mój ojciec i to on zwrócił mi uwagę na zagadnienie, które dzisiaj poruszę, a mianowicie na to, że coraz mniej transmisji sportowych przygotowywanych jest nie z myślą o kibicach, a z myślą o... czymś innym, trudno powiedzieć czym. 

Oglądaliście kiedyś wyścigi kolarskie? Ja oglądam, kiedy jestem u ojca w gościach (on ogląda, więc oglądam i ja). Jeśli też lubicie popatrzeć na taki wyścig, z pewnością także wkurza was to, że obecnie realizator skupia się na pokazywaniu kolarzy w zbliżeniach, ich twarzy czy pleców, czasem dłoni na kierownicy, a ze szczególnym upodobaniem nóg na pedałach, kręcących korbą. Po co? Kibica interesuje to, kto jest na czele, jaką ma przewagę, kto go goni, jak daleko jest peleton - tego na zbliżeniu nie widać. Oglądając taki wyścig odnosi się wrażenie, że realizator nigdy nie oglądał wyścigu - zawsze go tylko transmituje, ale bez zrozumienia dla tego sportu.

Podobna sytuacja, choć w pewnym sensie jeszcze bardziej kuriozalna, ma miejsce w przypadku transmisji konnych skoków przez przeszkody. Po co oglądać tak widowiskowy sport, skoro głównym elementem, pokazywanym najczęściej, jest popiersie jeźdźca. Nie widać konia, przeszkód ani samej jazdy. Wierzę, że dysponujemy możliwościami technicznymi, pozwalającymi uzyskać ostry obraz postaci w ruchu, ale oglądając sport nie chcę mieć wrażenia, że jeździec siedzi obok mnie na kanapie.

Myślę, że nie tylko sprzęt jest winny. Obawiam się, że to raczej wina wykształcenia. Przepraszam - "wykształcenia". Obecnie każdy kończy studia i jeśli ktoś kończy jakąkolwiek szkołę (w tym wypadku szkołę dla operatorów kamery), wmawia się im, że są kimś więcej (w tym wypadku artystami). Potem każdy artysta, a przecież realizator też się za takiego ma, chce zrobić coś nowego, coś więcej. Nie liczy się miłość do sportu, fachowość, rzeczowość - liczy się efekt artystyczny. Problem w tym, że sport oglądają kibice i nie robią tego w poszukiwaniu artystycznych wrażeń, ale po to, by nie zauważać pracy realizatora czy kamerzysty. Oglądając sport chcemy się skupić na sporcie. Praca realizatora więc jest tym lepsza im bardziej niedostrzegalna. Co z tego, skoro to twórcy materiału dyktują warunki - chcą być zauważeni, więc robią to, co uważają, za artyzm. A kibice starają się wydobyć z tego tyle sportowych wrażeń ile dadzą radę.

sobota, 27 czerwca 2015

Kocia Gwarancja

Kolejna reklama, która dowodzi, że reklamodawcy nie mają najlepszego zdania o intelekcie odbiorców. Otóż producent karmy dla kotów, którą z pewnością kupowałby twój kot, ma teraz nową promocję. Reklamowe hasło głosi "Gwarancja Smaku albo Zwrot Pieniędzy". A zatem, jeśli po zjedzeniu, twój kot przyjdzie i powie ci, że nie jest niezadowolony ze smaku karmy, możesz ubiegać się o zwrot pieniędzy za saszetkę karmy. 

Pokusiłem się o sprawdzenie, kiedy tak na prawdę przysługuje zwrot kosztów. Otóż wtedy, gdy po zaserwowaniu kotu karmy, nie zamruczy on z radości...

piątek, 15 maja 2015

Turystyczna Fabryka

Kilka dni temu wróciłem z Majorki. Piękna wyspa, wspaniałe, piaszczyste plaże, ładne słońce i wietrzyk, więc nie czuć skwaru - wymarzone miejsce na odpoczynek. A przynajmniej byłoby takie, gdyby nie podejście miejscowych. Otóż wszyscy na Majorce robią pieniądze i starają się sprzedać cokolwiek za jak największą cenę. Nie - nie nagabują na ulicach jak w Egipcie - w końcu to w większości Hiszpanie, którzy wolą siedzieć pod klimatyzacją i czekać na klientów. Ale sztuczność tego miejsca czuć na każdym kroku i jeśli ktoś chciałby od wakacji czegoś więcej niż tylko pogody i krajobrazów, niech wybierze inny kierunek.

Przede wszystkim samo zakwaterowanie. Byłem w hotelu Beverly Playa, który na zdjęciach biura podróży Grecos wygląda o wiele korzystniej niż jest w rzeczywistości. Na zdjęciach pokoje wyglądają ładnie, ale na miejscu okazuje się, że są to obskurne pokoiki rodem raczej z czasów PRL-u niż kojarzące się z Europejskim Kurortem. Sam hotel, mimo że informacja głosi o "częściowym odnowieniu obiektu" także nie wygląda jak chciałoby się spodziewać. Łuszcząca się farba i odpadające tynki to norma - zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. W pokojach wszystkie meble są wyszczerbione i spod okleiny wygląda na turystę goła płyta wiórowa. Szafa z pękniętym lustrem, w oknie cerata (żeby ocienić pokój) przysłonięta jest zasłonką, a posadzki pokryte są odpowiednio - w pokojach starą, poplamioną już dziesięć lat temu wykładziną a w łazience linoleum. Klimatyzacja centralna przez dwa pierwsze dni grzała zamiast chłodzić, a w pokojach nie ma lodówek ani minibaru. Obok bogatego, odnowionego hallu głównego z wyłożoną kamieniem recepcją czają się wypłowiałe, zleżałe kanapy dla gości. Cztery windy (z których trzy działały, a i tak z naklejek wynikało, że przekroczono termin przeglądu) obsługują dziesięć pięter i grubo ponad 400 pokoi, co sprawia, że przed windami tłoczą się turyści, tworzą się kolejki i wjechanie, na przykład na 6 piętro, zajmuje dużo więcej czasu niż powinno, a zjeżdżając na dół zatrzymujemy się na każdym piętrze, chociaż winda jest pełna. Z opisywanych na stronie grecos.pl atrakcji wyłączyć należy jeszcze: późne śniadanie (nie istnieje, ale można jeść resztki ze śniadania czy obiadu, przenoszone do baru pomiędzy posiłkami), jacuzzi (nie działa) oraz bar (istnieje bar nad basenem, ale w ofercie mowa jest o jeszcze jednym barze, który przez cały wyjazd jednak był zamknięty). 

Rozbieżności zwróciliśmy oczywiście rezydentce, ale ta odpowiedziała, że "taki jest standard". Na to, że standard nie zgadza się z ofertą na stronie biura podróży (przypominam - grecos.pl) mogła tylko wzruszyć ramionami - komentarza brak.

Zastanawiając się później uznałem, że sam hotel turystów może robić w konia, bo przecież przyjadą następni. To nie jest miejsce, które walczy o stałego gościa, ale raczej stara się wyrobić normę i zwiększać przerób. Nie ma kiedy zrobić remontów, bo turyści sami wciskają im kasę, żeby przyjechać i zamieszkać. Biuro podróży natomiast może bardzo ucierpieć na takim traktowaniu swoich klientów, bo przynajmniej ja (a z tego co wiem także część grupy) będę próbował ominąć je z daleka tak długo, jak długo będzie to możliwe. Nie lubię, gdy ktoś bierze ode mnie niemałe pieniądze i wciska mi kit, a później nie umie się ustosunkować do zgłoszonych niezgodności z ofertą i umową.

Nad umieszczeniem tego biura podróży na stronie Nieuczciwe Firmy jeszcze się zastanawiam.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Kara za udział w wydarzeniu

Jest taki bardzo dobry, Polski film pod tytułem "Symetria". Jeśli ktoś nie oglądał, to bardzo polecam i służę linkiem do pełnej wersji na youtube.

Uwaga Spoiler

Film opowiada o chłopaku, który niesłusznie skazany idzie do więzienia, gdzie poznaje więzienne zwyczaje, moralność i prawa rządzące tym małym światem. Uczy się podejmować świadome wybory, oraz tego, jaka jest różnica między "prawem" a "sprawiedliwością". Najważniejszym morałem jest jednak ten, że w końcu będąc w więzieniu popełnia "sprawiedliwe przestępstwo", co uzasadnia jego odsiadkę. Skłania to do myślenia - skoro i tak siedzi, to teraz przynajmniej wie za co.

Koniec Spoilera

A teraz mogę przejdźmy do meritum. Koleżanka ma syna, który trenuje sztuki walki. Upomniała go, że jeśli kogoś pobije poza turniejem, to koniec z treningami, więc Młody się pilnuje. Niedawno jednak, jeden z kolegów go opluł, a Młody na niego krzyknął (nie pobił, nie dotknął). Widziała to nauczycielka, zostali wezwani do dyrekcji, odebrano im po 20 punktów z zachowania i wezwano rodziców, a także ustalono, że obaj potrzebują porady psychologa, a najlepiej by było, gdyby udali się na leczenie...

Okazało się, że ukarano ich, bo "brali udział w opluciu ucznia". Nie ważne, że jeden pluł a drugi był opluty - udział brali obaj.

Zarówno mnie, jak i koleżankę naszła refleksja, żeby pozwolić młodemu się bić. W ten sposób, przynajmniej uzasadni się te wszystkie wizyty rodziców i u psychologa. Tylko dzieciaków szkoda.

środa, 8 kwietnia 2015

Wolność

Żyjemy w Wolnym Kraju. Przynajmniej z nazwy i przynajmniej w teorii, bo praktyka zdaje się mówić co innego. Najniższa krajowa, jest pensją, która otrzymuje spora część społeczeństwa, ale ogólnie wiadomo, że nie pozwala ona na godziwą egzystencję. Rząd robi w zasadzie co chce i nikt nie ma wpływu na to, co się stanie w ważnych, państwowych sprawach, ponieważ wszystkie opcje chcą mniej więcej tego samego (na papierze) i podejmują mniej więcej takie same działania (ale inne od papierowych obietnic). Działanie Publicznej Służby Zdrowia, obowiązkowo ściągającej pieniądze od wszystkich pracujących, jest dalekie od ideału. Urzędników jest za dużo, a załatwianie czegokolwiek w urzędzie i tak nie idzie sprawnie. Duże firmy każdego mogą zrobić w jajo i nie ma nikogo, komu można by to było zgłosić. Składki emerytalne, które przez lata pożerały (i nadal pożerają) ogromną część dochodów zostały (i nadal zostają) roztrwonione, a wysokość emerytury to żart. Od otrzymanej emerytury nadal płaci się podatki. Są równi i równiejsi, w każdej dziedzinie życia.

Co zaś robią wszyscy naokoło? Narzekają! A zapytani dlaczego to robią, odpowiadają, że dlatego, że do tego mają prawo. Pół biedy, gdy mówią to ze zgorzknieniem. Wtedy ma to wydźwięk "już tylko do tego mamy prawo". Inaczej rzecz ma się z "młodymi gniewnymi" w internecie, którzy krytykują wszystko i wszystkich, zasłaniając się wolnością słowa. To właśnie ta "wolność" jest tak drażniąca. Zachłyśnięci "wolnością" wolą krytykować niż zrobić coś samemu. Korzystając z "wolności" wolą niszczyć coś, co ktokolwiek próbuje stworzyć.

Pusty śmiech ogarnia, kiedy patrzy się na to, co ktoś uważa za korzystanie z "wolności" w świetle faktycznej sytuacji. "Wolność" z nazwy wiele wspólnego z prawdziwą Wolnością nie ma. Warto to sobie w końcu uzmysłowić.

środa, 18 lutego 2015

Kolejne spostrzeżenia na temat reklam

Ostatnio ponownie drażnią mnie brednie wypowiadane w reklamach (kiedy już zdarzy mi się obejrzeć telewizję). Poniżej trzy, które najbardziej mnie "trafiły".

  1. Tak jak jakiś czas temu, oglądając reklamę proszku do prania, który nie tylko pierze, ale także ułatwia płukanie i nadaje miękkość zażartowałem, że niedługo wymyślą proszek, który sprawi, że pranie będziemy wyciągać z pralki wyprasowane (a jakiś czas później pokazano reklamę proszku, który "ułatwia prasowanie"), tak teraz widzę, że i inne branże idą coraz dalej. Pamiętacie początek reklam suplementów diety - magnezu? Reklamowano po prostu Magnez. Następnie magnez, który zawiera całą dzienną dawkę tego pierwiastka (jak ludzie obchodzili się bez niego?). Nie tak dawno dowiedzieliśmy się z kolejnych reklam, że nie dawka jest ważna, ale przyswajalność - teraz liczył się tylko magnez łatwo przyswajalny (chociaż na logikę to powinno zależeć od organizmu a nie od rodzaju pierwiastka - magnez to magnez), jakby nie można go było przyswajać w najbardziej naturalny sposób - w zbilansowanej diecie (tego nikt nie reklamuje). Teraz okazuje się, że do niczego to przyswajanie, bo liczy się tylko bioretencja, czyli zatrzymywanie go w organizmie, a zatem cały ten wcześniej zeżarty magnes psu na budę. Myślę, że następnym krokiem będzie stwierdzenie, że po co taki odkładający się w organizmie magnez, skoro liczy się tylko ten, z którego organizm potrafi korzystać. I znów dostaniemy "zupełnie nowy produkt".
  2. Sympatyczny, młody vloger reklamuje obecnie usługi bankowe.  Robi to na wzór swoich filmików, w których opowiadał o różnych dziedzinach życia. Reklama ciekawa, przyjemna dla ucha i mamy poczucie, że czegoś się uczymy. Czy na pewno? W najnowszej (chyba nadal najnowszej) słyszymy zdanie "Statystyczny Chińczyk oszczędza nawet połowę swojej pensji". Co nam mówi to zdanie? Że wśród statystycznych Chińczyków (czyli po odrzuceniu tych jednostek, które nie mieszczą się w widełkach statystyki) istnieją tacy, którzy oszczędzają coś, aż do kwoty stanowiącej połowę własnych dochodów. W praktyce - przynajmniej jeden Chińczyk odkłada połowę dochodów. Gdyby zdanie miało postać "... przynajmniej połowę...", wtedy miałoby sens. Ale pewnie i tak nikt nie zwraca uwagi na to co mówią - są jakieś obrazki, mądre sformułowania, więc Chińczycy oszczędzają. Coś jak "obniżki do 75%". Większość rzeczy przeceniona jest o 10%, ale istnieje jedna przeceniona o 75%, więc obniżka jest "do 75%".
  3. Czasem przydaje się to, że reklama wpada jednym uchem, a wypada drugim. Takie wybiórcze słuchanie sprawia, że docierają do mnie ciekawe treści. I oto do starej reklamy pokazującej dwie dziewczyny, pytające chłopaków czy ich podwieźć. Jeden z nich odpowiada, że samochód nie ma pasów bezpieczeństwa z tyłu i je spławia. Przezabawne... Obecnie firma dodała (zmieniła) drugi człon reklamy tak, że teraz reklamuje on miętowe gumy do żucia. Jakim zdaniem kończy się zatem obecnie spot o spławianiu dziewczyn? Otóż sprawdziłem: "Zachowaj świeżość swoich gum na dłużej". Teraz reklama ma sens...
A jakie są Wasze "ulubione" reklamy?