poniedziałek, 31 grudnia 2012

Zezwolenie na złe nawyki

Z całą pewnością każdy z nas zetknął się z kimś, kto ma jakieś złe nawyki. Prawdopodobnie też, ta osoba, gdy zwróci się jej uwagę (co oczywiście uzna za niegrzeczne) skomentuje, że taka jest i trzeba się do tego przyzwyczaić. A ja się z tym nie zgadzam!

Nie toleruję marnowania czasu, ani mojego ani czyjegoś przeze mnie. Z tego powodu nie toleruję spóźniania się. Sam zawsze staram się być co do minuty, z trudem jestem w stanie tolerować spóźnienia do "akademickiego kwadransa". Nie potrafię jednak zrozumieć, jeśli ktoś umawia się konkretnie a później spóźnia. Za każdym razem. Czuję się dokładnie tak, jakby mój czas wcale go nie obchodził (bo prawdopodobnie tak właśnie jest). Skoro się z kimś umówiłem to mam czas - z takiego założenia wychodzi ta osoba i bezczelnie spóźnia się uważając chyba, że to jej czas i ma prawo go marnować. To mój czas i marnować go nie będę. Kiedyś potulnie czekałem, jednak od jakiegoś czasu zmieniłem taktykę.
  • Czekam piętnaście minut i odchodzę. Nie odbieram już po tych piętnastu minutach telefonu od tej osoby (po tym czasie nie jestem ciekaw). Mówią, że to błąd, bo może coś się stało... jeszcze nigdy nie stało się nic, co by tłumaczyło spóźnienie!
  • Więcej nie umawiam się z daną osobą w miejscu, gdzie muszę czekać. Czyli umawiam się u siebie, na swoim terenie, robię swoje aż delikwent się pojawi.
  • Często informuję daną osobę - umówiliśmy się na godzinę na kawę, spóźniłeś/aś się 25 minut, zostało Ci 35 minut.
  • W skrajnych przypadkach, gdy spóźnianie staje się męczące, przestaję się z daną osobą umawiać w ogóle. To najlepsza metoda - nie szanujesz mojego czasu, ja nie szanuję Twojego - chcesz się spotkać - przyjedź i licz na to, że będę akurat mieć czas, bo swojego czasu już dla Ciebie nie zarezerwuję!
A najbardziej mnie wkurza, gdy delikwent oznajmia "przecież wiesz, że się spóźniam - mógłbyś się przyzwyczaić". To nie ja się mam przyzwyczaić do tego, że Ty się spóźniasz, tylko Ty nauczyć nie spóźniać. To złe nawyki się zmienia a nie dobre. Chociaż patrząc na to co się wokół dzieje można wnioskować, że jest dokładnie na odwrót - dziś wszyscy tłumaczą się tym, że ktoś inny robi tak samo, albo wręcz, że "wszyscy tak robią". Zgroza.

czwartek, 27 grudnia 2012

Czytanie rozwija


Wydawałoby się, że o tym, iż czytanie rozwija wyobraźnie, słownictwo oraz wiedzę nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak ostatnio coraz częściej spotykam się z opinią, że czytanie do niczego nie służy. "Nie lubię czytać", "mam inne zainteresowania", "wolę filmy niż książki" to coraz powszechniej występujące opinie, głównie wśród młodych ludzi. Strach pomyśleć o przyszłości - skoro oni, którzy przecież mają przeważnie czytających rodziców, nie czytają, to ich dzieci w ogóle książki do ręki nie wezmą. Dlaczego tak się dzieje? Nie jest to wyłącznie wina rodziców, bo przecież oni sami często po książkę sięgają. Skoro tak, to musi to być wpływ środowiska. Ciężko mówić tu o wpływie rówieśników - "nie czytanie" nie jest żadną modą, a nawet jeśli rówieśnicy nie czytają to trudno wypatrywać przyczyny i skutku w jednym. Z całą pewnością jest to wina różnorodności. Młody człowiek otoczony jest różnorakimi rozrywkami, coraz mniej wymagającymi myślenia i wyobraźni. Kiedy wszystko podane jest na tacy, nie ma potrzeby rozwijać się w kierunku jakiejkolwiek kreatywności. Jeśli jednak powiemy to na głos, możemy spodziewać się ciosu pięścią - w tym bowiem nastolatkowie są bardzo kreatywni, a wręcz zdaje mi się, że na tym ich kreatywność się kończy. 

Próbując dociec przyczyny tak skrajnego braku zainteresowania literaturą, dostrzegłem pewien powód: edukacja. W dzisiejszych czasach, kiedy najchętniej kręci się filmy na podstawie lektur (odzierając je tym samym ze wszystkiego co wartościowe), nie propagując dobrych książek, ale męcząc młodego, nienawykłego do czytania człowieka nudnymi w jego mniemaniu tomiszczami z zamierzchłych epok rujnuje się całą możliwą do rozwinięcia chęć czytania! Kiedyś, na trudną lekturę natrafiał człowiek, który kilka książek w życiu przeczytał, który wyrobił sobie jakiś smak czytelniczy, który lubił słowo pisane. Teraz na zupełnie dobre lektury, takie jak "Potop" czy "Zbrodnia i Kara" trafia zbuntowany chłopiec (bądź dziewczyna), którzy dotąd grali tylko w gry wspomagane nowoczesną techniką i nigdy nie wysilili się intelektualnie bardziej niż przy oglądaniu głupawych amerykańskich produkcji rozrywkowych, gdzie szczytem finezji jest dowcip o męskich genitaliach. Przy takim podejściu nie mamy szans. 

Teraz oburzy się ta część nieczytająca, która w jej mniemaniu "do czegoś doszła" - człowiek nie obcujący z literaturą ma nikłe szanse na poprawne wysławianie się, poprawne budowanie zdań (o wielokrotnie złożonych nie wspomnę), poprawną interpunkcję i wszechstronność prowadzenia rozmowy. Tak długo jak nieczytający spotykać się będą tylko w swoim nieczytającym gronie, mogą nawet uważać się za ludzi kulturalnych i wszechstronnych. Czar jednak pryśnie, gdy trafią na kogoś z faktycznie wyższych sfer, oczytanego, kulturalnego. W jego towarzystwie poczują się zwyczajnie głupio i to nie bez przyczyny! Zawstydzić takiego nieczytającego w gronie ludzi oczytanych jest bardzo łatwo, choć ludzie kulturalni raczej nie dadzą po sobie poznać, że mają świadomość tej niewiedzy. 

Aby temu zapobiec trzeba czytać, żeby czytać trzeba lubić czytać, a żeby lubić czytać trzeba czytać... koło się zamyka. Na szczęście polubić czytanie jest bardzo łatwo, gdyż jak już napisałem - wystarczy czytać. Zacznijmy więc od czegoś lekkiego, łatwego, nieskomplikowanego, a jednak wartościowego. Niech to nie będzie cokolwiek. Niech to będzie lektura odpowiednia do wieku (przede wszystkim) a najlepiej polecona przez kogoś, kto dużo czyta (jeśli ktoś poleca nam jedyna książkę jaką przeczytał w tym roku, to jego opinia nie powinna się dla nas liczyć). Możemy też sięgnąć po klasykę literatury (nie warto mylić klasyki z kanonem lektur) - z jakiegoś powodu stała się klasyką, więc musi coś w niej być. Ponadto czytając klasykę zawsze znajdziemy wspólny język z "wyższymi sferami", a przecież o to tylko niektórym chodzi...

Poniżej prezentuję listę książek, które nawet w młodym wieku można przeczytać, by polubić czytanie. Są łatwe, przyjemne w odbiorze i napisane porządnym językiem. Sprezentuj je swojemu dziecku, by zachecić go do czytania dobrej literatury.
Takich pozycji jest oczywiście dużo więcej - wymieniłem te kilka "na start", dla tych, którzy zupełnie nie wiedzą w jaki sposób zaszczepić w dziecku miłość do książek. Nie warto zmuszać - lepiej zapewnić zaplecze i sprawić, by dziecko samo nie mogło się oderwać. Skoro na powszechny system edukacji nie ma co liczyć, samemu trzeba podjąć próbę kształcenia własnych dzieci, żeby nie wstydziły się, kiedy będą już dorosłe. Lub żeby były świadome tego, co reprezentują sobą otaczający ich ludzie.

Jeśli chcesz skrytykować ten tekst, najpierw napisz ile książek rocznie czytasz. nie licząc romansów i lektur - wszak nie ilość a jakość się liczy.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych

Jak wiadomo zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych obowiązuje w naszym kraju już od dłuższego czasu, jednak nie zauważyłem jakiejkolwiek poprawy w tej dziedzinie, poza tym, ze Ci "porządni", którzy mieli ochotę wychylić piwko na spacerze nie robią tego teraz, bo jest to karalne. Ale to tylko ci karni obywatele - cała reszta zakaz ma gdzieś. Na osiedlach, między blokami pije młodzież, piją starsi, piją zupełnie starzy i nikt nikomu nic z tego powodu nie robi, tak jak nigdy nikomu nie działa się krzywda. Co więcej - samo picie na ulicy jest nielegalne, ale nawalenie się jak szpadel, a później wyjście na ulice karalne już nie jest.

Co więc się kryje pod tym przepisem? Skłonienie tych porządnych, którzy nigdy nic pod wpływem alkoholu nie zbroili do picia w domu? Odpowiedź jest jedna - dodatkowe pieniądze z mandatów. Zakaz picia na ulicach to restrykcja, która w żadnym stopniu nie przyczynia się do poprawienia bezpieczeństwa, za to daje policji narzędzie do dodatkowego omandatowania obywateli. Dobrze wiadomo, że policjanci nie podejdą do bandy pijanych wyrostków, mając do wyboru studenta z dziewczyną, którzy chcieli popatrzeć na gwiazdy pijąc piwo ze wspólnej butelki. Kara jednak zostanie wymierzona, mandat dany, więc statystyka się poprawi. Niby wystarczyłoby karać za agresywne zachowanie (na to przepisy też są), bez względu na wypitą ilość alkoholu - efekt ten sam. Ktoś jednak wymyślił, że samo picie jest złem, a zło należy uprawiać po cichu a nie na widoku.

Istnieje także przepis, który zabrania na ulicach palić papierosy - niedługo zapewne policja weźmie się i za palaczy, bo to też łatwe źródło dochodu dla państwa. Będą zasłaniać się ochroną środowiska? Że dym - paląc w domu produkuje się taką samą ilość dymu. Że pety na chodnikach - można karać za śmiecenie. Jedyne wyjaśnienie - palenie na przystanku autobusowym może przeszkadzać innym czekającym na autobus. Szczególnie gdy pada, a pod wiata nadymione. Ale od czego naklejki "Tu się nie pali"?

Nie dajmy się zwariować, protestujmy przeciwko durnym przepisom, nie dajmy się represjonować dobrowolnie i nie odbierajmy sami sobie swobód. A dla miłośników picia w plenerze - piosenka/apel.



piątek, 23 listopada 2012

Zamach na sejm

9.11.2012 r. zatrzymany został 45-cio latek z Krakowa, który planował wysadzić siedzibę polskiego rządu za pomocą samochodu pułapki, nafaszerowanego czterema tonami materiałów wybuchowych.

Afera jak się patrzy - nie chcę nawet dywagować na czyje polecenie działał pracownik Uniwersytetu Rolniczego, chociaż możliwości są godne najlepszej fabuły książki sensacyjnej (która pewnie już "się pisze"). Może na zlecenie Polskiego ABW, może na zlecenie Rosji (skoro już przypisujemy im Smoleńsk, to dorzućmy i to), a może sam się zdecydował. Możliwe także, że jest to tylko kolejna zasłona dymna dla ważniejszych wydarzeń (radziłbym się przyjrzeć jaka ustawa nagle wejdzie w życie, mimo że nikt nie słyszał o pracach nad nią). To wszystko nie jest istotne, gdyż znaczenie ma tylko jedno - ktoś nie jest zadowolony z pracy polskiego rządu. Jest niezadowolony na tyle, by spróbować zamachu, czym zapewnie natchnie innych niezadowolonych. Najlepiej, gdyby natchnął sam rząd do tego, że Polska potrzebuje zmian! Szybko! Społeczeństwo długo już nie zniesie nieudolności polityków! Coś musi się zmienić i choć nie uważam, żeby zamach był dobrą drogą do tego celu, to niech wieść o możliwości zamachu będzie impulsem.

Z drugiej strony - czemu wszyscy pracujący uczciwie Polacy mają bać się o swoją pracę, a rząd spokojnie dzielić stołki? Niech panowie i panie z budynku na Wiejskiej też się trochę „poboją”. Niech zorientują się co to jest stres. Niech choć raz zasłużą na moje ciężko zarobione pieniądze, które następnie są mi odbierane i przekazywane na "fundusz nieudolnych polityków".


Polecam także lekturę:

czwartek, 8 listopada 2012

Służba zdrowia - kolejna odsłona

Po raz kolejny w temacie służby zdrowia - tym razem z "własnego podwórka". Krótki opis prawdziwej sytuacji.

Osoba mi znana (i bliska) dostała się do lekarza (juz po niewiarygodnych 7 tygodniach oczekiwania na wizytę) i po badaniu okazało się, że niezbędna jest konsultacja kardiologa. Dostała więc skierowanie do kardiologa ważne miesiąc. Przez prawie cały miesiąc nie udało jej się umówić wizyty, aż tutaj w końcu sukces - wizyta umówiona na... kwiecień. Teraz mamy początek listopada. Czekać więc trzeba około pół roku. Brawo dla bezpłatnej służby zdrowia! W razie, gdyby ktoś nie wiedział - na serce się umiera. Ale Państwo prawdopodobnie liczy na to, że jeśli ktoś ma umrzeć przez te pół roku oczekiwania na wizytę, to albo w tym czasie pójdzie prywatnie, zamiast marnować pieniądze podatników, albo z godnością umrze, także nie narażając skarbu państwa na straty. Bo przecież to, że płacimy na ubezpieczenie jest normalne i obowiązkowe, ale korzystanie z tych środków jest już uważane za marnowanie funduszy...

Polecam także lekturę:

czwartek, 1 listopada 2012

Po co nam Halloween?

Cukeirek albo PsikusOd jakiegoś czasu obserwujemy w Polsce zwiększone zainteresowanie świętem zwanym Halloween. Ale czy naprawdę świętem? Mnie to bardziej przypomina zwyczajną maskaradę, bo żeby coś świętować, trzeba najpierw wiedzieć co się świętuje (tak jak by ktoś obraził nasze odczucia religijne, także musimy najpierw takowe posiadać). Skoro dokładna geneza święta nie jest znana historykom - istnieją bowiem dwa obrządki, podejrzane o bycie pomysłem dla Halloween - rzymskie święto nasion oraz celtyckie powitanie zimy, to w najlepszym razie świętować można jedno z tych dwojga. Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie święto to jest najpopularniejsze, mało kto pamięta co tak właściwie upamiętnia, a w Polsce nie wie tego nikt.  Jedno co łączy go ze świętem zmarłych (z którym jest kojarzone) to nazwa, pochodząca prawdopodobnie od All Hallows Eve - Wigilia Wszystkich Świętych, a to jedynie za sprawą daty (bo Halloween wywodzi się przecież z innego obrządku). Kościół Katolicki sprzeciwił się pogańskiemu obrządkowi przenosząc Wszystkich Świętych na pierwszego listopada (wcześniej odbywało się ono w maju), czyli na dzień po pogańskim święcie, a później powstałą nazwa, odnosząca się do Katolickiego Święta.

Nie myślę, żeby czymś złym było pogańskie święto - niech sobie będzie dla chętnych. Nie uważam też, żeby coś złego było w święcie Katolickim - religia też w zasadzie jest dla chętnych. Dziwi mnie tylko to, że te same osoby jednego dnia uczestniczą w pogańskim obrządku, a drugiego dnia w kościelnym, który stanowczo się mu sprzeciwia (poganie prawdopodobnie sprzeciwiliby się "obrządkowi" kościelnemu). Może czas się zdecydować kto poganin a kto chrześcijanin? Bo uczestnicząc tam i siam w różnych obrządkach, w najlepszym razie jesteś "turystą". Zwiedzasz różne tradycje nie mogąc się zdecydować którą wybrać. Przypominam, że nie ma nic złego w wyznawaniu jakiejkolwiek religii lub nie wyznawaniu żadnej, a nikogo do religii zmusić nie można (choć próbowano), jednak jeśli mamy gdzieś w czym uczestniczymy, szanujmy przynajmniej ludzi, którzy uczestniczą świadomie (kilku takich z pewnością jest), którzy nie życzą sobie "turystów" i których odczucia religijne faktycznie można urazić. To, czy ja do nich należę nie ma z tym żadnego związku. 

Religia nie jest czymś, co można uprawiać jedynie od święta.

czwartek, 25 października 2012

Praca i Płaca - politycy

Cóż - żyjemy w kraju, w którym za krytykę rządu (jak najbardziej zasłużoną) można dostać wyrok, a premier wygłasza publicznie, że "Nie można kogoś zwolnić tylko dlatego, że się nie nadaje" (o minister sportu) (a przynajmniej mógłby tak powiedzieć sądząc po tym co sam robi). A wszystko to w czasach, kiedy strach o pracę wymusza w Polakach zachowania autodestrukcyjne - nie można powiedzieć szefowi, że robi coś źle, trzeba przepracowywać bezpłatne nadgodziny, żeby rywalizować ze współpracownikami i godzić się na niższe pensje, by prezes mógł zarabiać więcej. A zwolnienia nadal są i to bynajmniej nie z powodu, ze ktoś się nie nadaje - raczej dlatego, ze ktoś podpadł jakąś bzdurą i nie daje mu się nawet szansy na wytłumaczenie.

W rządzie jednak panuje przekonanie, że nie nadawanie się nie jest powodem wystarczającym do zwolnienia. Dlaczego? Ano dlatego, że pracodawca nie ma nic do powiedzenia. Kto jest pracodawca rządu? Ano my - podatnicy. To my co miesiąc wypłacamy tym ludziom pensje, płacimy za ich zachcianki, fundujemy im samochody i wycieczki, na które nas samych nie stać. Mechanizm wygląda tak, że decydujemy komu będziemy płacić, ale nie decydujemy ani ile ani za co!

Spróbujmy odnieść poczynania premiera do zwykłego stosunku pracodawca - pracownik. Zwykle jest tak, że pracownik podpisuje umowę, w której zobowiązuje się do wykonania określonych czynności czy produktów (osiągnięcia efektu) w zamian za pewną kwotę pieniędzy. Jeśli się nie wywiązuje, pracodawca zwalnia go, nie płaci mu a jeśli przyniósł firmie szkodę, skarży go w sądzie. Premier w publicznym przemówieniu (expose) obiecał co osiągnie, do czego doprowadzi, czyli zawarł ze społeczeństwem kontrakt publiczny. Następnie przez kilka lat skutecznie olewał swoje obietnice i w końcu okazało się, że nie zrealizował nic. Obecnie składa nowe obietnice, co zamyka poprzedni okres, czyli na realizowanie poprzednich nie ma juz szans. Właśnie utrzymywaliśmy przez kilka lat pracownika (a co za tym idzie i resztę rządu), który nie wywiązał się ze swojej umowy. Dlaczego nie dość, że nie chcemy od niego zwrotu pieniędzy, które mu daliśmy i nie podajemy do sądu, to na dodatek przedłużamy z nim umowę? Ktoś to rozumie?

Artykuł zainspirowany został wypowiedzią Pana Wojciecha Cejrowskiego - jednego z ludzi, którzy wypowiadając się publicznie nie maskują prawdy ze strachu, którzy maja własne poglądy (a nie poglądy pań i panów z telewizji) i nie wstydzą się publicznie podpisywać pod tym, co mówią. Bo patriotyzm nie polega na tym, żeby chwalić wszystko co Polskie, ale żeby krytykować to, co Polsce szkodzi. Wywiad można obejrzeć poniżej.





środa, 17 października 2012

Deszczowa wpadka

Wydawać by się mogło, że w Polsce, jesienią deszczu spodziewają się wszyscy. A jednak nie. Przynajmniej Ci, którzy zadecydowali o otwartym dachu deszczu się nie spodziewali. Nie mam zamiaru dociekać kto podjął taka decyzję, bo tak naprawdę nawet kibiców, którzy na mecz przyjechali (w tym angielscy kibice, którzy przyjechali tylko na ten dzień) nie są tego ciekawi. Interesują mnie tłumaczenia i wyjaśnienia, w tym najpopularniejsze - "według przepisów trening i mecz muszą odbywać się w tych samych warunkach więc dachu nie można było zamknąć". Tymczasem mecz po przełożeniu odbędzie się najprawdopodobniej przy dachu zamkniętym tak czy siak... tyle że już bez dużej części kibiców, po licznych utrudnieniach (skoro ja miałbym problem żeby przełożyć cokolwiek o jeden dzień, żeby nie posypał mi się plan dnia, to wyobrażam sobie jak łatwo jest skoordynować tych kilkudziesięciu milionerów, którzy mają przełożyć kopanie gały). O co więc tyle krzyku? Po co te wszystkie utrudnienia? Komu to było potrzebne?

Ciekawostką jest to, że niejaki Janusz Palikot (wg portalu Wirtualna Polska) za odwołanie meczu obwinia nieudolność rządu. Że rząd mamy nieudolny wiemy nie od dziś, jednak w tej konkretnie kwestii, nawet takiemu malkontentowi jak ja nie przyszło do głowy obwiniać właśnie rząd...

sobota, 13 października 2012

Poczta Polska


Początek Poczty PolskiejDzisiaj czas na bardzo subiektywne odczucie - postanowiłem, że także mogę ponarzekać. 


Wydawać by się mogło, że Poczta Polska przeszła gruntowne zmiany. Wiele lat temu wprowadzono system numerków, które zlikwidowały kolejki (niestety jedynie wizualnie - czekać trzeba i tak), ale niestety pocztowcy niczego nie nauczyli się dzięki danym, które pozyskali z tego systemu. A przecież łatwo sprawdzić ilu klientów czeka w kolejce, w zestawieniu godzinowym, w zależności od dnia tygodnia, miesiąca. Długość kolejki jest rejestrowana przez system i ... nic z tego nie wynika. Otwartych okienek zawsze tyle samo - bywam na poczcie dość często o różnych godzinach, więc wiem co mówię. 


Także system śledzenia przesyłek tak dobrze sprawdzający się w firmach kurierskich w systemie pocztowym nie działa - nie pomogło nawet wprowadzenie skanerów kodów kreskowych i oznaczanie każdej przesyłki indywidualnym kodem. Śledzenie przesyłek nadal kuleje, choć uczciwie muszę przyznać, że przynajmniej istnieje. 


Kilka razy już zetknąłem się z tym, że na odbiór przesyłki poleconej czeka się kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt minut, gdyż osoba szukająca przesyłki nie może jej znaleźć. Jak to jest możliwe - nie wiem. Wszystkie przesyłki ułożone są w jednym pomieszczeniu i dla każdego normalnego człowieka logicznym jest, że powinny być jakoś ułożone. Adresami lub datami. W ostateczności można by w systemie (który służy jedynie do sprawdzenia czy paczka istnieje) oznaczać miejsce jej składowania - to się chyba tak często nie zmienia. To wydawało by się załatwiać problem. Otóż nie mam pojęcia w jaki sposób segreguje się te przesyłki w moim urzędzie pocztowym, ale faktem jest, że nikt tam nie może niczego znaleźć. Co więcej - znana mi jest sytuacja w której klient przyszedł po odbiór przesyłki i po sprawdzeniu w systemie okazało się, że przesyłka została odesłana. Kiedy jednak powiedział, że żona prosiła o przedłużenie terminu jej odbioru, cudem znalazła się na zapleczu. Co więc zostało odesłane? Co stanie się z danymi w systemie? Dotrze tylko elektroniczny duch przesyłki i rozpoczną się poszukiwania? Skoro już zainstalowano system komputerowy to może czas nauczyć się go obsługiwać, by nie dochodziło do tak kuriozalnych sytuacji?


gra poczta
Jaka jest moja rada? Oczywistym wydawałoby się korzystanie z konkurencyjnych firm, by Poczta Polska zmuszona była zweryfikować swoje procedury. Niestety - korzystałem z usług konkurencji i sprawa nie wygląda lepiej. Powiedziałbym nawet, że lepiej odczekać swoje i odebrać przesyłkę niż korzystać z usług firmy kurierskiej, która zupełnie nie dba o powierzone przesyłki i potrafi zniszczyć każdą paczkę mimo oznaczeń o konieczności delikatnego traktowania - w moim przypadku miało to miejsce z firmą Siódemka, która przez tydzień ignorowała moje próby skontaktowania się, a po tym terminie poinformowali, że upłynął tygodniowy termin zgłoszenia reklamacji, natomiast firma Opek tłumaczyła się niewłaściwym zabezpieczeniem przesyłki przez wysyłającego (wewnątrz znajdowały się połamane płyty MDF, przypuszczam więc, że przesyłka powinna być opakowana w skrzynię z hartowanej stali). Poczta Polska przynajmniej pod tym względem wypada nieźle. Szkoda tylko, że na tak marnym tle. Pozostaje mi więc tylko polecić przyszłym pocztowcom trening od najmłodszych lat...


sobota, 6 października 2012

Bułgaria dowodzi, że da się rządzić uczciwie

Polecam ten filmik, przede wszystkim naszym "elitom rządzącym". Do przemyślenia dla każdego malkontenta, który uważa, że z tym co mamy nie da się nic zrobić lepiej, że nie da się lepiej zarządzać zasobami, które posiadamy. A przecież nawet rządzić można uczciwie.



środa, 3 października 2012

Aborcja i Alimenty


co zabijamy dzięki aborcji
Bardzo podobają mi się zaobserwowane nie tak dawno hasła typu "Moje Ciało - Mój Wybór" dotyczące aborcji. Okazuje się, że kobiety chcą decydować o swoim ciele (traktując rozwijające się w nich dziecko jako swoje ciało) i chcą podejmować decyzje o donoszeniu ciąży bądź jej usunięciu. Super! Jednocześnie wśród tych haseł powinny pojawić się "Nie chcemy alimentów". Przecież skoro to tylko kobieta ma decydować o aborcji, to dlaczego facet, który o niej decydować nie może ma płacić za decyzję podjętą jednogłośnie przez kobietę? Decyzję o seksie podjęli wspólnie (nie mówię tu przecież o skrajnych przypadkach - gwałtach na przykład), więc nie ma tu więcej winy mężczyzny (chociaż kobiety widzą to inaczej wykrzykując "Zrobił mi dziecko - niech płaci". Sam zrobił?). Decyzji o aborcji facet, który nie chce płacić podjąć nie może (z dość oczywistych względów), więc czemu ma płacić, jeśli to kobieta zdecyduje się na dziecko? Skoro już chce mieć możliwość wyboru oczywiście.

Aleksander NikonowA gdyby tak iść dalej z tą odpowiedzialnością i płaceniem za nią? Sądy przyznają opiekę nad dzieckiem matce w 90% przypadków. Przeważnie jeśli ojciec stara się o opiekę, dowiaduje się, że nie może dziecku zapewnić właściwych warunków. Stąd wniosek, że skoro matka dostaje prawo do opieki nad dzieckiem, to dlatego, ze jest w stanie zapewnić dziecku właściwe warunki, więc po co jej alimenty? Dlaczego facet, który nie jest w stanie zapewnić warunków musi płacić kobiecie, która te warunki jest w stanie zapewnić? Przecież jeśli facet chce być ojcem, to płacił na dziecko będzie (w ten czy w inny sposób) - bez wyroków sądowych. A jeśli prawo do opieki (a więc także decydowania) ma jedynie kobieta, to za co facet płaci? Za karę? Bo przegrał? Jeśli to ma być płacenie dla dobra dziecka, to powinno być dobrowolne. Jeśli ma być sprawiedliwe, to trzeba zwiększyć udział spraw wygranych przez mężczyzn (którzy opiekę chcą i mogą sprawować), a kobietom zasądzić alimenty w tych przypadkach - nie nazywając tego zapewnianiem warunków lub niemożnością takowego zapewnienia. 

A tak w ogóle to proponuję się opamiętać i dochodzić wszystkiego dzięki zdrowej dyskusji zamiast pchać się do i tak przepracowanych sądów.

czwartek, 27 września 2012

Jestem w Szoku

Proszę mi wybaczyć małą aktywność, ale od powrotu z urlopu jestem szokowany taką ilością nie tyle nowych co cudacznych i wymykających się rozumowi informacji, że nie wiem o czym napisać. Postanowiłem więc streścić kilka z nich w iście telegraficznym skrócie.

1. Państwo Polskie będzie zwracać pieniądze wpłacone na Amber Gold. Państwo Polskie samo w sobie pieniędzy nie posiada, co oznacza, że my - podatnicy - spłacimy długi Pana Plichty, oddamy pieniądze tym "biednym ludziom" (którzy mieli po kilkaset tysięcy wolnej gotówki i bez zastanowienia wpłacili na konto jakiejś organizacji bez sprawdzenia takowej) a rząd Polski zostanie chyba beatyfikowany dzięki temu jak dobrze dba o swoich obywateli.

2. Regularnie odmawia się refundacji badań i leków z NFZ, bo pieniędzy, które płacimy na ubezpieczenie zdrowotne jest za mało, by refinansować drogie kuracje. NFZ płaci więc tylko za kuracje tanie, na które go stać, a na drogie musi być najwidoczniej stać samych pacjentów i to już po tym jak zapłacą niebotyczne składki na ubezpieczenie zdrowotne, żeby było z czego leczyć katar.

3. Partie jako program wyborczy ogłaszają zwiększenie podatków. Nadal nikt nie mówi na co te wpływy będą przeznaczone. Nadal nikt nie mówi o tym, żeby cofnąć ulgi i niech każdy płaci tyle samo. Nadal nie mam pojęcia jaki procent opłat, które ponosimy przeznaczony jest na co. Mam coraz większe wrażenie, że te pieniądze rozpływają się tak, że już nikt nad tym nie panuje. A im więcej pośredników, tym wyższa marża. W tym przypadku pieniądze przechodzą przez tyle urzędów, że zostaje z nich zaledwie ułamek. Ale przecież z czegoś trzeba utrzymać urzędnika. Ktoś musi decydować jakich kuracji odmówić. Choć pewnie gdyby nie było tych decydentów, to z zaoszczędzonych pieniędzy dałoby się sfinansować pozostałe kuracje (to z punktu 2)

4. Państwo się prywatyzuje. I słusznie. Sprzedaje zakłady, które ktoś chce kupić. A wiadomo, że kupiec kupi to, co może przynosić zyski. W takim razie, sprzedajemy to co przynosi zyski i zostajemy z tym co przynosi straty. Jeśli już nie mamy zakładów, które finansować będą te przynoszące straty, to powinniśmy rozwiązać to, co się nie sprzedało (skoro nikt nie chciał tego kupić, to znaczy, że nie jest rentowne - nie potrzebujemy tego). Jednak trzymamy nierentowne zakłady a nie mając już zakładów rentownych musimy dokładać do interesu. I dokładamy.

Cały ten cyrk na kółkach coraz bardziej śmierdzi. Mam coraz większe podejrzenia, że potrzebna jest rewolucja - odsunięcie od władzy wszystkich którzy z władzą mieli dotychczas cokolwiek wspólnego i zatrudnienie nowych, innych ludzi, którzy nie znają mechanizmu "jak wyprowadzić działkę dla siebie". Kogoś, kto zarządzi państwem jak firmą i sprawi, że przestanie przynosić straty. Zwolni niepotrzebnych pracowników. Uwolni rynek do tego stopnia by dało się prowadzić własny biznes zamiast martwić o fikcyjne opłaty. A przede wszystkim sprawi, że obsługa klienta (choćby obywatela w urzędzie) była uprzejma i rzeczowa. Bo w tej chwili urzędy z oczywistych powodów maja monopol na swoje usługi i żeby cokolwiek załatwić trzeba znać się na sprawie lepiej niż urzędnicy, a o jakiejkolwiek informacji możemy zapomnieć. I osoba, która to sprawi może zażądać dowolnych pieniędzy za swoją pracę. Niestety nie widzę nikogo, kto by się na to miejsce nadawał.

poniedziałek, 10 września 2012

Na co przeznaczane są nasze podatki?


To, że pieniądze, które oddajemy Państwu w postaci podatków (a jest ich wedle różnych źródeł aż do 80%) są marnotrawione na tysiące sposobów jest chyba jasne dla każdego podatnika. Utrzymywanie źle działających urzędów (w tym urzędu pracy), fikcyjnie bezpłatna służba zdrowia, ostatni pomysł z refundowaniem zapłodnień in vitro są tylko niektórymi przykładami. Płaciliśmy już dotacje do Greckich emerytur (które są wielokrotnie większe niż polskie, ale na Polskich emerytów w budżecie nie ma pieniędzy), był pomysł zwrócenia pieniędzy góralom, którzy zainwestowali w wyciągi, a śnieg nie spadł (też chciałbym dostać pieniądze za nieudaną inwestycje). 

Ostatni pomysł natomiast powinien odbić się szerokim echem i w mojej opinii przyczynić do buntu. Z naszych podatków zasponsorujemy oszustów oraz zapłacimy tym, którzy chcieli wzbogacić się bez względu na ryzyko i im się nie udało. Chodzi oczywiście o Amber Gold. Państwo chce spłacać długi oszusta, który ukradł łatwowiernym obywatelom pieniądze. A spłacać jego długi będzie z pieniędzy tych obywateli, którzy nabrać się nie dali. Dziwne, że nie zlicytowała całego majątku rodziny Pana Plichty - musi mieć jakieś domy, samochody itp. Nawet jeśli nie zapisane na niego, to łatwo prześledzić pieniądze, które ukradł. Dlaczego więc jemu odpuszczamy, a spłacać jego długi będą ci, którzy rozważnie sprawdzili jego ofertę i nie zdecydowali się inwestować? W łeb dostaną ci, którzy zawczasu zainwestowali w kaski, żeby w łeb nie dostać, ale za to w majestacie prawa i pod przykrywką pomocy potrzebującym. Nie łudźmy się - po pierwsze potrzebujący nie mają po 200 tysięcy złotych, żeby beztrosko inwestować w cokolwiek a po drugie spłacamy długi przestępcy! Z podatków. Telewizja wzięła pieniądze za reklamy firmy, nie wypuściła ostrzeżeń - niech telewizje obniżą wypłaty dla prezesów, premie i inne wydatki, a spłacą widzów, których wprowadziły w błąd. Po raz kolejny rząd przyznaje, że niebotyczne podatki nie są nikomu potrzebne - służą one do wygenerowania puli pieniędzy, które można zmarnować. To jest nadwyżka budżetowa - bo nie sposób sobie wyobrazić, że mając olbrzymią dziurę budżetową do zasypania Państwo stać na trwonienie naszych pieniędzy. Bo - nie ukrywajmy - to co płacimy w podatkach powinno iść na pokrycie naszych potrzeb - nie Greków, nie oszustów, nie na wspieranie nieuważnych inwestorów, ale może dofinansować policję (być może zacznie działać jak trzeba), może lekarzy - skoro już mamy tą nieszczęsną służbę zdrowia, to niech jakoś działa, nauczycieli, a najlepiej obniżyć o tą kwotę podatki, żeby każdy skorzystał. 

Mam kredyt mieszkaniowy. W życiu niczego nie ukradłem. Jestem rozważny i staram się wystrzegać popełniania głupich błędów. Może więc niech Państwo spłaci mój kredyt. W nagrodę, że nie kosztuję Państwa niebotycznych sum na pokrycie wymyślonych zobowiązań. Zamiast spłacać tych, którzy oszczędności życia pakują gdziekolwiek bez uprzedniego sprawdzenia wiarygodności inwestycji spłaćmy tych, którzy są rozważni, którzy nie mają oszczędności ale zobowiązania. Już to byłoby uczciwsze.

Gorąca namawiam do sprzeciwiania się marnowaniu naszych pieniędzy, z których jesteśmy ograbiani. Jeśli nie będziemy o tym mówić, jeśli nie wyrazimy sprzeciwu - ten proceder będzie trwać. Jeśli wyrazimy, prawdopodobnie także będzie trwać, ale przynajmniej będzie szansa, że kiedyś coś się zmieni. Bo w to, że nikt nie zauważa co się dzieje nie wierzę.

sobota, 8 września 2012

Czemu widać Politykę?

Dlaczego Polityka jest jedynym uprawianym przez ludzi (dla ułatwienia przyjmijmy, że to też ludzie) zawodem, który bardziej widać w czasie procesu jego uprawiania niż w formie efektów? O żadnym innym zawodzie nie jest tak głośno, jeśli nie chodzi o wynik! Czy w publicznych mediach zajmujemy się tym, w jaki sposób murarz kładzie cegły? Czy istotnym jest jak strażak gasi płonący budynek? A może praca kierowcy jest aż tak zajmująca? Nawet w przypadku pracy aktora, w którym to przypadku oglądamy człowieka podczas wykonywania pracy (na deskach teatru na przykład) widzimy tą część pracy, która jest jednocześnie wynikiem dłuższego procesu. Sam proces obserwujemy tylko w przypadku specjalistycznych programów przeznaczonych wyłącznie dla zainteresowanych, w innym przypadku, za każdym razem widzimy jedynie efekt wykonywanej pracy. 
Inaczej jest w przypadku polityki, gdzie skupiamy się głównie nad procesem - co kto powiedział, co miał na myśli, co mu odpowiedziano... Mało kiedy widzimy za to co z tego wynikło. Na temat pracy polityków kładzie się głównie nacisk na to co robią, a nie na to jaki jest efekt tej pracy! Czy oznacza to, że cały ten szum jest właśnie najważniejszy? Bo do takich wniosków dochodzę za każdym razem, kiedy oglądam programy informacyjne. 
Na dobrą sprawę nie chcę widzieć w jaki sposób uprawiana jest polityka - w zupełności wystarczyłaby mi informacja jaki jest jej efekt. Oczywiście z pewnym wyprzedzeniem - nie byłoby miło gdybyśmy wiedzieli tylko nad czym rząd pracuje (mogąc mieć jakiś wpływ na przyszłe postanowienia - na przykład w postaci referendum), a później co wynikło ze spotkania polityków. Skoro tak nie jest, to znaczy, że politycy pracują źle, bo albo samo ich bytowanie w sejmie jest ważniejsze od wyników ich tam obecności, co samo w sobie jest niewłaściwe, albo nauczeni doświadczeniem wolimy patrzeć im na ręce wiedząc, że nie można ich spuścić z oka. A kogo w ten sposób traktujemy nie trzeba nikomu mówić...

niedziela, 19 sierpnia 2012

Czy obawiać się portali społecznościowych

Rok temu w Londynie miały miejsce zamieszki na wielką skalę. Policja obawiała się, że chuligani organizują się za pomocą portalu społecznościowego (Twittera) do tego stopnia, że szef londyńskiej policji Tim Godwin  oświadczył, że serwis powinien zostać zamknięty. Wzbudziło to oczywiście falę krytyki, głosów o ograniczeniu wolności słowa, żywiołowej dyskusji w mediach. Tak żywiołowej, że "The Guardian" wraz z "London School of Economics" zbadało ponad 2,5 miliona wpisów dotyczących zamieszek. Okazuje się, że społeczność faktycznie organizowała się w związku z zamieszkami, ale po to, by sprzątać miasta po zamieszkach. Po to, by społecznie, charytatywnie przywrócić porządek na ulicach. Serwis pomógł też poprzez ostrzeganie mieszkańców poszczególnych dzielnic przed niebezpieczeństwem ze strony plądrujących sklepy grup. 
Obawy okazały się płonne - tak jak w przypadku ustawy o ACTA - władze powinny uświadomić sobie, że większa część społeczeństwa to uczciwi ludzie, którzy wszystkich dostępnych środków przekazu używają w uczciwych celach. Szczucie swoich obywateli, podejrzewanie ich o najgorsze instynkty i oskarżanie tak na wszelki wypadek o co tylko się da najlepiej świadczy o złych intencjach naszej władzy. Nie wiem, czy mierzą wszystkich swoją miarą, czy też mają na sumieniu tyle, że cały czas wydaje im się, że ktoś na nich czyha, ale cenzura, zamordyzm i ogólna inwigilacja nie sprzyjają rozwojowi zdrowego, bezpiecznego państwa a raczej totalitarnego państwa policyjnego. Więcej zaufania - odpuśćcie obywatelom i zajmijcie się szukaniem prawdziwych przestępców. Lepiej byłoby się skupić na poprawieniu wizerunku władz, a zacząć proponowałbym od policji. Chwilowo wśród młodzieży policjant nie kojarzy się dobrze, a poprzez typową pracę policji ta grupa cały czas się powiększa.

piątek, 10 sierpnia 2012

Kto zawinił w Amber Gold

Dlaczego tak wiele osób zaufało Amber Gold?

Przecież sama firma sprawiała wrażenie podejrzanej, nie było żadnych danych na temat właściciela firmy czy produktu, a jeśli ktoś już do danych dotarł, to i właściciel nie budził zaufania. Dlaczego więc ludzie wrzucili oszczędności życia w błoto, z nadzieją, że ktoś coś im da - za darmo. Czy nie było to zbyt piękne by było prawdziwe? Było! I dokładnie z tego powodu tylu prywatnych inwestorów zdecydowało się na ten krok. Media, a w szczególności telewizja mami nas nieustannie obiecankami wspaniałych okazji, prezentuje osoby, które wzbogaciły się w ciągu kilku miesięcy inwestując w coś, w co nikt wcześniej nie inwestował, prezentując reklamy produktów, które okazują się kłamstwem, wyłudzeniem. Szary obywatel, który nie analizuje tego misz-maszu informacyjnego zapamiętuje, że da się zarobić na niczym, że pieniądze leżą na ulicy i dlatego popełnia głupie błędy. Szczególnie, gdy produkt reklamowany jest jako coś, na czym nie trzeba się znać. Co zrobią za nas fachowcy. Poza tym samo pokazanie reklamy w telewizji budzi zaufanie. Dlaczego telewizja za to nie odpowiada? Można pokazać wszystko? Czy ktoś w ogóle to sprawdza?

Media publikują artykuły w których niektórzy politycy wypowiadają się "dobrze im tak". Dlaczego niby dobrze? Czy ktoś tych ludzi ostrzegł? Każdy powinien myśleć za siebie, ale trzeba mu stworzyć ku temu możliwości. Nie wolno w telewizji powiedzieć, że Amber Gold jest niewiarygodny, żeby nie wpłacać tam pieniędzy, że właściciel ma kilka wyroków za przestępstwa finansowe, bo grozi to procesem. To są fakty! A później zdziwienie, że szary obywatel dał się nabrać. Na każdej paczce papierosów połowa paczki to ostrzeżenie przed rakiem, bezpłodnością, brzydkim oddechem, szkodzeniu sobie i osobom w otoczeniu. Gdyby reklama Amber Gold opatrzona była napisem "Wpłacenie pieniędzy grozi ich utratą" na pół ekranu, to wtedy można by było powiedzieć, że "sami są sobie winni". Oczywiście, że można się było ustrzec. Ja nie zainwestowałem, bo produkt nie był wiarygodny. Ale telewizja, w majestacie prawa namawiała do inwestowania! Winimy telewizję za brutalne filmy, bo przecież docierają do wszystkich (jakby ludzie, którzy nie chcą ich oglądać byli do tego zmuszani), natomiast za szkodliwe reklamy już nie (te akurat oglądać muszą wszyscy).

Zapewne znajdzie się (albo już się znalazł) jakiś "mądry", który wymyśli, żeby tym ludziom zwrócić pieniądze z budżetu państwa. Wtedy jawnie przyznamy, że nasze pieniądze, które do budżetu trafiły w wyniku płacenia przez społeczeństwo podatków sfinansowały przekręty jakiegoś typka, który z kilkoma wyrokami w zawieszeniu nadal okrada ludzi w ten sam sposób. A to już będzie grubymi nićmi szyte. To będzie jawnym znakiem kto korzysta z naszych podatków. Warto się będzie zastanowić nad zasadnością takiego kroku i zasadnością płacenia podatków w ogóle. Ja w każdym razie nie życzę sobie, żeby na to były przeznaczone ciężko zarobione przeze mnie pieniądze.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Policja

"Policje na całym świecie są identyczne pod dwoma względami: ich funkcjonariusze czują słabość do rozbijania człowiekowi głowy bez powodu albo prawie bez powodu i nie potrafią dostrzec oczywistej prawdy, nawet jeśli leży ona przed nimi nago, z rozłożonymi nogami. Policja nie chroni porządku publicznego, nawet nie bierze się do roboty, dopóki ten porządek nie zostanie zakłócony. Odnajdują żałośnie niski odsetek sprawców przestępstw. Policja to, szczerze mówiąc, rodzaj archiwum zapisującego nazwiska ofiar i zeznania świadków. Kiedy upływa dostatecznie dużo czasu, jej funkcjonariusze mogą spokojnie zepchnąć te informacje na zaplecze kartotek, żeby zrobić miejsce dla kolejnych.
Aha, i jeszcze jedno: policja pomaga przechodzić przez jezdnię skurczonym staruszkom. tak słyszałem"

W ten sposób George Alec Effinger opisuje Policję w swojej cyberpunkowej powieści "Kiedy Zawodzi Grawitacja". Fantastyka, jednak coś w tym jest. Daleko mi do pokolenia JP czy ChWDP. Nawet bardzo daleko - zawsze wierzyłem w oddziały ścigania, nigdy nie miałem problemów z prawem, nigdy też nie spotkała mnie większa przykrość ze strony Policji. Jednocześnie nie przysłużyła mi się specjalnie.
Pierwsza moja styczność z Policją miała miejsce w wieku około piętnastu lat - wracałem z treningu tenisa ziemnego i zostałem spisany, gdyż niosłem rakietę tenisową. Dziwne, ale jakaś prewencja jest. Wszystko odbyło się kulturalnie, pomimo początkowego zaskoczenia, gdy dwóch ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy legitymuje dzieciaka na jego własnym podwórku. Dokumentów nie miałem.
Druga styczność miała miejsce, gdy chcieliśmy z kumplem obgadać jakieś sprawy. Spotkaliśmy się, sklep, piwko w dłoń i spacer. Panowie Policjanci pojawili się kilka sekund po odkapslowaniu butelek. Ale takie jest prawo - głupie, ale i tak należy go przestrzegać. Skończyło się na upomnieniu i wylaniu piwa. Moim zdaniem uczciwie. Nawet butelki wzięliśmy na wymianę.
Trzecia styczność miała miejsce kilka lat temu i do dzisiaj wprawia mnie w osłupienie. Zostałem okradziony, jednak na monitorowanym terenie. Pół godziny później zawiozłem na komendę zdjęcia złodziei, film z kamer, zdjęcia ich samochodu (numeru nie dało się odczytać) a także wskazałem miejsce, gdzie kamera umieszczona była w sposób umożliwiający odczytanie numerów. Spisano zeznania i powiedziano, żebym spróbował uzyskać obraz z tej pobliskiej kamery na własną rękę i dostarczył na komendę. Wtedy mnie zamurowało. No - skoro tak działa Policja, to nie mam pytań. Kiedy już dotarłem do człowieka odpowiedzialnego za nagrania (musiałem na niego czatować, bo nikt nie chciał mi pomóc - mówiono "niech Pan przyjdzie z Policją, to wydamy nagrania"), monitoring już skasował zdjęcia samochodu i nagrał na to nowy obraz.

Okazuje się więc, że Policja działa tak, jak opisał to autor w przytoczonym przeze mnie cytacie - archiwizuje moją sprawę a po jakimś czasie spycha głębiej na dno archiwum, bo mimo zdjęć, filmów, rysopisu i podania miejsca, gdzie znajdują się numery auta w mojej sprawie nie zrobiono nic. Pozwólcie więc, że będę traktował Policję z przymrużeniem oka - traktuję i tą organizację jak Urząd i tak długo jak ktoś nie zrobi porządku z Urzędami i na Policji będzie się działo tak jak teraz. Bo - wybaczcie - nie wierzę, żeby sprawami ważniejszymi, z mniejszym materiałem dowodowym zajmowano się bardziej wnikliwie. Łatwiej sporządzić głupi przepis, za to łatwy do kontrolowania i łapać studentów na piwku czy kierowców zawracających w miejscu, gdzie zakazu zawracania wczoraj jeszcze nie było. A dziś już jest i dziwnym trafem właśnie w tym miejscu czają się Panowie i Panie w niebieskich mundurach gotowi strzec naszego bezpieczeństwa. Albo raczej ładnie udawać, że go strzegą.

A czy Policja jest potrzebna - oczywiście, że jest. Jestem pewien, że jest sporo pracowników Policji traktujących swoje obowiązki z należytym szacunkiem i poważnie podchodzących do swoich uprawnień. Bo każdą pracę należy wykonywać sumiennie. Problem w tym, że oni też mają szefów, a Ci często nie lubią takich jednostek, bo liczą się wyimaginowane wyniki a nie służba społeczeństwu. Społeczeństwu, które w dalszym ciągu płaci pensje Policjantom. Ja Policję szanuję. Chciałbym tylko spotkać się z wzajemnością.

piątek, 3 sierpnia 2012

Co ma zły wpływ?

Świat zmienia się od zawsze. Od zawsze zmieniają się także środki przekazu. Od zawsze też psioczy się na coraz to nowsze środki przekazu, że popularyzują jakieś zachowania, że krzewią okrucieństwo. Czy tak rzeczywiście jest? Czy brutalne filmy, gry o zabijaniu i głośna muzyka wywołują agresywne zachowania? Prawdopodobnie zdarzają się przypadki, w których tak właśnie jest, jednak te przypadki to ludzie ograniczeni, z jakimiś skrzywieniami powstałymi jeszcze przed zapoznaniem się z okrutną telewizją i brutalnymi grami - to ludzie upośledzeni (co potwierdzają biegli w swoich opiniach podczas licznych procesów), którzy tylko czekali na bodziec, który pomoże im wyzwolić prawdziwe "ja". Może zamiast w filmach podawać ograniczenie wiekowe, można by umieścić napis "Nie oglądaj tego filmu, jeśli nie radzisz sobie ze sobą", albo "tylko dla ludzi, którzy mieli szczęśliwe dzieciństwo"? Bo niestety "Nie dla Idiotów" jest już zajęte.

Mnie osobiście widok brutalności na ekranie odrzuca do tego stopnia, że nie mam ochoty patrzeć na więcej agresji - w dziennikach telewizyjnych i innych programach informacyjnych a także na ulicach. Wolę to wyreżyserowane okrucieństwo i ból, o których wiem, że to tylko charakteryzacja i efekty specjalne. Co więcej - filmy w znakomitej przewadze imitują ludzkie życie, czerpiąc tematykę właśnie z niego. Jestem więc zdania, że to nie filmy mają zły wpływ na widza, ale właśnie okrucieństwo zwykłych ludzi ma wpływ na dobór tematów filmu, a co za tym idzie - na całe zło tam pokazywane. Nie sprzeciwiajcie się więc okrucieństwu na ekranie, które rzekomo sączy truciznę w wasze dzieci. Przestańcie być okrutni, żebym mógł sobie obejrzeć dobry, nie ociekający posoką film! Nie dla realnego okrucieństwa, które wypacza umysły filmowców tworzących później pod jego wpływem krwawe dzieła!

Zwróćmy uwagę, że film mimo jego ciągłego udoskonalania wciąż nie jest w stanie idealnie imitować życia, ani oddać wszystkich emocji, w tym także bólu, strachu, głodu. Nie imituje więc także pełni okrucieństwa, cała brutalność, którą stara się imitować jest w porównaniu do rzeczywistości płaska i okrojona. Dużo mniej przerażająca niż świat za oknem, a jednak wiele osób łudzi się, że to film ma zły wpływ na bandytów, nie na odwrót. Czy "numer" jaki wykręcił Hitler całemu narodowi żydowskiemu da się sfilmować? Czy ktoś jest sobie w stanie zdać sprawę ile osób zginęło przez pomysły tego degenerata? Do dziś stara się kręcić filmy o tych czasach i do dziś nie ma środka przekazu, który uzmysłowiłby okrucieństwo obozów koncentracyjnych, mimo że filmowcy bardzo się starają. A przecież poza zagazowanymi, wymordowanymi cywilami ginęli też żołnierze. Jasne - była wojna, nic dziwnego że ginęli. Mimo to, nie ginęli z własnej woli, lecz z winy tych, którzy wojnę rozpoczęli. Nadal się dziwię czemu po wojnie Niemcy jako kraj przetrwali. To była łaska ze strony zwycięzców wojny. Łaska na jaką okupant nigdy by się nie zdobył.

Obecnie media szokują nas wydarzeniami, z którymi nigdy w kinematografii się nie zetknąłem. Facet, który wpada na wyspę pełną młodzieży będzie miał własny, prywatny szpital psychiatryczny - niepojęte. Matka dziecka morduje maleństwo i zmusza cały kraj do szukania wyimaginowanych porywaczy, po czym dostaje mieszkanie, a z więzienia wypuszcza się ją. Chłopak o pomarańczowych włosach rozpętuje piekło na premierze filmu (znamienne - jeszcze zanim obejrzał cały film) - na premierze rzeczonego filmu znajdowało się niemowlę - film był dozwolony od 12 roku życia. Inna matka dusi swoje nowonarodzone dziecko, ćwiartuje je, następnie gotuje i mieli maszynką do mięsa. Widział ktoś film na ten temat? Wnioski z tych wydarzeń nasuwają się same - chcesz mięć dobrą opiekę medyczną, rozpętaj piekło, żeby nikt nigdy nie wsadził Cię do szpitala, w którym przebywać będą inni pacjenci. Uważasz, że filmy są zbyt brutalne? Przestań przestrzegać ograniczeń wiekowych - przecież to tylko sugestia. A urodzenie dziecka jest dalece bardziej szkodliwe niż oglądanie filmów! Szok poporodowy powoduje, jak widać, zachowania dalece bardziej brutalne niż mogłoby to przyjść do głowy scenarzystom horrorów, bo Ci przynajmniej pokazują uzasadnienie zaistniałej sytuacji, a zachowania przedstawionych matek pojąć nie sposób.
Artykuł powiązany - Zbrodnia i Kara.

wtorek, 31 lipca 2012

Sztuka Nowoczesna

Nie znam się na sztuce. Żadnej. Wiem jednak co mi się podoba, co mi się nie podoba, co rozumiem a czego nie. Niektóre dzieła w mojej subiektywnej opinii uznać mogę za sztukę pomimo tego, że mi się nie podobają. Niektóre dzieła są dla mnie zrozumiałe i zachwycam się tym co wyrażają, bardziej nawet niż tym w jaki sposób to wyrażają. Niektóre jednak "dzieła" żadna miarą na miano sztuki nie zasługują. Nie jestem jednak wyznacznikiem, więc prezentuję dziś moją subiektywną opinię - to żadna prawda objawiona i dopuszczam do wiadomości, że ktoś może się ze mną zgodzić lub nie.

Sztuki nowoczesnej w większej części nie rozumiem. Tak jak jestem w stanie docenić kunszt rzeźby przedstawiającej totalną abstrakcję czy sztukę użytkową, nawet tę zupełnie niepraktyczną, tak nie umiem docenić niebieskiego prostokąta na płótnie czy różnobarwnych plam farby rozmazanych penisem. Znawcy zapewne uznają, że nie rozumiem modnej ostatnio "koncepcji". Koncepcją można podeprzeć wszystko, unieść wszystko do rangi sztuki, jednak sztuka powinna być raczej uniwersalna, niż próbować stworzyć uzasadnienie istnienia samej siebie. Koncepcją zwykło się także uzasadniać głupie wypowiedzi, co na szczęście spotkało się w końcu z odzewem. Trzeba gdzieś się zatrzymać, bo niedługo ktoś zamorduje grupę ludzi, przepuści przez maszynkę do mięsa, usmaży kotlety i nazwie sztuką - jeśli to się jeszcze nie zdarzyło, to zapewne zdarzy się niedługo.
Jeśli coś do zaistnienia potrzebuje sztucznych uzasadnień, które udowadniane są właśnie przez zaistnienie uzasadnianego obiektu, to nie ma racji bytu - jest zbędne. Istnieje tylko dla samego siebie. Sztuka istnieje od zawsze i jest potrzebą wyższego rzędu - z pewnością nie jest czymś, co potrzebuje uzasadnień. Mało kto zapyta "czy to jest sztuka" będąc skonfrontowanym ze sztuką nie budzącą wątpliwości. Wręcz przeciwnie sprawa ma się w przypadku sztuki nowoczesnej, która prowokuje do pytań. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, ze te pytania to przeważnie "co to jest i po jaką cholerę tu stoi?". Może więc sztuka nowoczesna to sztuka, ale dla ludzi oświeconych? Dla artystów? Dla tych nadludzi, którzy w kupie gówna widzą coś więcej niż smród ekskrementów? A może to tylko snobistyczny kierunek lansujący pewne "dzieła", by podbić ich cenę na aukcjach i sztucznie przeprowadzać fundusze od jednego "znawcy sztuki" do innego?

niedziela, 29 lipca 2012

Urzędy

Nie tylko Urząd Pracy funkcjonuje na wypaczonych zasadach - inne urzędy także. 

Niedawno dowiedziałem się z pierwszej ręki o przebiegu wizyty w urzędzie skarbowym. Urzędniczka nie przyjmowała żadnych tłumaczeń ani nie udzielała informacji. Na pytanie co petent ma zrobić odpowiedziała "Jestem tu od egzekwowania prawa a nie od udzielania informacji na jego temat". Kto w takim razie jest od udzielania informacji? Czyżby jakiś inny urząd? Jakaś tajna organizacja? A może każdy powinien skończyć wszelkie możliwe kierunki studiów i pozostawać na bieżąco z wszelkimi przepisami, które w tym kraju zmieniają się jak w kalejdoskopie? Przepisy nieustannie powstają, zmieniają się, są uchwalane i odwoływane. To obowiązkiem urzędników jest mieć wiedzę na ich temat i dzielić się nią z petentem. Powiedziałbym nawet, że podstawowym obowiązkiem. Jaką inną funkcje ma urząd? Obecnie wydaje się, że przede wszystkim omotanie, wprowadzenie w błąd i wykorzystanie przewagi, by w majestacie prawa grabić nas dodatkowo. Ale z drugiej strony - skoro w takich instytutach kompletnie nic nie zależy od tego czy pracownik będzie pomocny, uprzejmy i petent wyjdzie zadowolony - pensja uzależniona jest od widełek, a te zależą w głównej mierze od stażu i zajmowanego stanowiska. Nie - awanse też nie zależą od skuteczności w pracy. A skoro tak - urzędnik nie martwi się o efektywność. Nie boi się też straty pracy z uwagi na bylejakość, bo petent zgłaszając skargę także składa ją w urzędzie, kierując do innej osoby, która lekceważy swoje obowiązki. 

Są oczywiście chlubne wyjątki - bez trudu i straty czasu można załatwić wszystko w Urzędzie Dzielnicy Ursynów. Przypuszczam, że istnieją także inne wyjątki potwierdzające regułę. Niestety większość doświadczeń z urzędami kończy się w sposób opisany powyżej - to petent musi wiedzieć więcej, żeby udowodnić urzędnikowi swoje racje. W przeciwnym razie jest na straconej pozycji.

czwartek, 26 lipca 2012

Urząd Pracy

W zamyśle prawdopodobnie Urząd Pracy miał pomagać pracownikowi w znalezieniu pracy i powrocie do życia zawodowego. Niestety - działanie tej instytucji, tak jak wielu innych w naszym pięknym kraju, zostało wypaczone. Stał się kolejnym urzędem, który dba o własny interes i o przestrzeganie niewłaściwych przepisów zamiast o dobro petenta. Nie można tam uzyskać żadnej rzeczowej informacji od pracujących urzędników, a informacje, które są udzielane potrafią wprowadzić w błąd. Także oferty pracy zdają się być dobierane nieco losowo, a osoby, które je przydzielają mogłyby posiadać większą wiedzę, by lepiej dopasować wiedzę i umiejętności oraz skończone studia do ofert, które proponują petentom.

Jak działa Urząd Pracy


Podstawowym i narzucającym się efektem pracy tej instytucji jest z pewnością zasiłek dla bezrobotnych. Zasiłek wypłacany jest osobie, która straciła pracę, przez okres sześciu miesięcy od dnia straty pracy. Rejestrując się więc jako bezrobotny w Urzędzie Pracy, otrzymujemy taki właśnie zasiłek. Warto wspomnieć, że jeśli sami odeszliśmy z pracy, nie otrzymamy zasiłku przez okres pierwszych trzech miesięcy (czyli dostaniemy tylko za miesiąc czwarty, piąty i szósty). Oczywiście zasiłek dla bezrobotnych, to marne grosze, które zupełnie nie wystarczą nawet na najpilniejsze potrzeby - żyć się za tą kwotę nie da.

Kolejnym świadczeniem serwowanym nam przez ten urząd jest ubezpieczenie zdrowotne. Warto być zarejestrowanym jako bezrobotny, gdyż mamy dostęp do publicznej służby zdrowia, na którą i tak łożyliśmy przez cały okres swojej zawodowej aktywności. Można ubezpieczyć się samemu i kontynuować składki, ale jest to droższe niż prywatne ubezpieczenie, więc nie warto. Trzeba przyznać, że kiedy jest się bezrobotnym, Urząd Pracy to jedyna szansa na to, by korzystać z pieniędzy, które wpłaciło się na ten cel jeszcze za czasów pracujących.

Najbardziej oczywistą, wydawałoby się, funkcją powinno być oferowanie pracy bezrobotnym. Jest to też najbardziej wypaczona funkcja dzięki obowiązującym przepisom. Oferty pracy proponowane przez urząd są dobierane na podstawie błędnych wytycznych. Brak jest pełnej informacji na temat wymagań pracodawcy (proponowanie pracy wymagającej prowadzenia samochodu osobom bez prawa jazdy) jest wprowadzaniem w błąd przez urzędników, którym nie chce się przyłożyć do wykonywanej pracy (a jeśli mają jakąś pracę, to powinni ją wypełniać najlepiej jak to możliwe) i którzy być może powinni oddać swoje stanowisko petentom szukającym pracy, skłonnym wykonywać ją z większą starannością.
Odmowa pracy na stanowisku proponowanym przez Urząd Pracy skutkuje zakończeniem wypłaty świadczeń i ustaniem ubezpieczenia. Ten prosty przepis powoduje, ze oferty pracy, które pracodawcy przedstawiają urzędowi, a urzędy petentom są w dużej części "za minimalną krajową" - zgodnie z przepisami albo zaczniesz harować za grosze, albo tracisz świadczenia. Można tylko liczyć na to, że pracodawca nie zdecyduje się na pracownika, dzięki czemu ten nie utraci świadczeń. Dużo większe szanse i to na lepszą pracę mają ci, którzy szukają pracy na własną rękę - na Urząd w tej kwestii nie ma co liczyć.
Innymi pracodawcami, których oferty proponowane są bezrobotnym, są urzędy i instytucje, które z różnych względów (w tym przepisów i regulaminów) obowiązane są urządzić konkurs dla kandydatów na stanowisko. Jest to strata czasu dla ludzi, którym tą ofertę przydzielono w urzędzie, gdyż  przeważnie kandydat, który dostanie pracę znany jest jeszcze przed ogłoszeniem konkursu.

Reasumując - Urząd Pracy pod względem znalezienia pracy przegrywa konkurencję z internetem i gazetami z ogłoszeniami. Żadnej pomocy ze strony urzędników nie należy się spodziewać. O każdą proponowaną ofertę należy dokładnie wypytać, czy przypadkiem są to już wszystkie wymagania. A najlepiej, jeśli to tylko możliwe, trzymać się z daleka od tej przestarzałej instytucji.

środa, 25 lipca 2012

Wiek Emerytalny

Ostatnimi czasy wydarza się wiele dyskusji na temat podnoszenia wieku emerytalnego. Dziwię się młodym ludziom, którzy juz dziś krzyczą "jak mamy pracować do 67-go roku życia?" - czy na prawdę to jest największy problem tej sytuacji? Zastanówmy się rozsądnie, czy nie bardziej warto byłoby się zastanowić nad tym, czy w ogóle dostaniemy jakąś emeryturę? Czy składki, które odkładamy cokolwiek nam zagwarantują? Czy pieniądze, które trafiają do ZUS istnieją gdziekolwiek poza papierem na którym są wydrukowane, kiedy otrzymujemy zestawienie?

To nie wiek emerytalny jest problemem!


Wiemy doskonale, że na porządną emeryturę nie mamy co liczyć - moim zdaniem nie mamy co liczyć na jakąkolwiek emeryturę - pieniądze, które obecnie wpłacamy są systematycznie przejadane z nadzieją, że w przyszłości następne pokolenia będą napełniać kasę i z kolei my przejemy ich emerytury. Niestety ten system działać nie będzie. Tak jak my jesteśmy wychowani w poszanowaniu dla prawa a skostniałe urzędy i przestarzałe systemy mamy we krwi w pamięci dla zeszłego ustroju, tak pokolenia kolejne wychowane są w społeczeństwie, które ceni własność prywatną, zysk i prawo dżungli. I słusznie - pracuję i chcę, by pieniądze przeze mnie zarobione były przeznaczone dla mnie. Nie chcę korzystać z czegoś co wypracował ktoś inny tak jak nie chcę, by ktoś korzystał z tego co ja wypracowałem, przynajmniej bez mojej zgody. Mogę utrzymać członków swojej rodziny, nawet tych, którzy już nie utrzymują się sami, pod warunkiem, że państwo nie będzie zmuszać mnie do zasilenia publicznej kasy mamiąc mnie obietnicą emerytury - ja w to nie wierzę. Kolejne pokolenia nie uwierzą tym bardziej, więc tym większy będzie ich sprzeciw wobec takiej sytuacji. To, co udaje się ZUS-owi od tylu lat nie może działać przez kolejne 30 - czasy się zmieniają i ludzie także.

A skoro nie dostanę emerytury, to po co mam sobie zawracać głowę jakimś fikcyjnym "wiekiem emerytalnym"? Skoro służy on tylko do określenia momentu, kiedy mogę przestać pracować i żyć z pieniędzy od Państwa, a tych pieniędzy nie będzie, to po co przejmować się wiekiem, w którym można odejść z pracy i nie dostać nic? To można zrobić w każdej chwili! Uwolnijcie się od myślenia w sposób narzucony przez media - to nie wiek emerytalny jest problemem, ale wysokość emerytur!

Co robić, żeby nie umrzeć z głodu?


A jak radzić sobie bez emerytur? O tym trzeba pomyśleć już teraz i już teraz, dopóki mamy środki, zacząć oszczędzać. A jeśli nie umiemy, nie wiemy jak oszczędzać - można oszczędzać nawet dzięki hobby. Można robić to co się lubi i gromadzić kapitał na cięższe czasy. Nie warto czekać na ZUS, bo on nasze pieniądze dawno już wydał i czeka na kolejne.

sobota, 21 lipca 2012

Bezpłatna Służba Zdrowia

Na pokrewny temat - refundacji leków i strajku lekarzy z nią związanym - pisałem wcześniej. Tym razem zwracam uwagę na jedną z reklam telewizyjnych (a wiem, że jest więcej podobnych). chodzi mi o "Ubezpieczenie na Wypadek Leczenia".

"Wyślij SMS za ileś tam PLN a pokryjemy koszty leczenia w razie pobytu w szpitalu" mówi Pani z ekranu w kraju, w którym ubezpieczenie zdrowotne jest obowiązkowe. Nawet jeśli ktoś korzysta z prywatnej służby zdrowia, to i tak musi płacić za to obowiązkowe ubezpieczenie. Służba zdrowia jest bezpłatna (to znaczy płatna i to słono - w podatkach),a w telewizji puszczane są reklamy, żeby ubezpieczyć się w razie kosztów leczenia.
Nie każcie mi płacić ubezpieczenia a chętnie wyśle Wam ten SMS i za niego zapłacę, a jeśli już mnie zmuszacie do ponoszenia obowiązkowych wydatków z tego tytułu, to jakim cudem macie czelność przyznawać w TV, że koszty leczenia i tak trzeba będzie pokryć z własnej kieszeni?

Płacę ubezpieczenie zdrowotne, które muszę zapłacić, bo nie mam możliwości zrezygnowania z niego, jednak publiczna służba zdrowia działa (jak wiem od ludzi, którzy z niej korzystają) w sposób absolutnie zniechęcający mnie do korzystania z niej.ubezpieczam się więc w prywatnej placówce medycznej, która kosztuje mnie mniej niż publiczna służba zdrowia, a działa dalece sprawniej. Nie mam ochoty przepłacać, czy płacić z tytułu osób, które korzystają z publicznej służby zdrowia, bo niby dlaczego miałbym? Pozostaje kwestia leczenia szpitalnego, chorób przewlekłych. Jednak w reklamie jasno jest powiedziane, że za leczenie szpitalne w bezpłatnej służbie zdrowia trzeba będzie zapłacić, a ja jestem przekonany, że gdyby nie płacić przez całe życie ubezpieczenia przymusowego, każdego stać by było by zapłacić w razie nagłego wypadku z własnej kieszeni lub ubezpieczyć swoje zdrowie prywatnie. Każdy za siebie.

piątek, 20 lipca 2012

Anonimowość w sieci

Powiedzmy sobie szczerze - w dniu dzisiejszym anonimowość w sieci nie istnieje. Chcąc pozostać anonimowymi natomiast, nie istniejemy w sieci. Koło się zamyka.
Ale czy chcemy pozostać anonimowi? Czemu należymy do portali społecznościowych, wstawiamy swoje zdjęcia, ujawniamy miejsce w jakim się znajdujemy, piszemy o nawet najbardziej intymnych sferach swojego życia, ustawiamy status związku, zapraszamy nieznajomych na imprezy, publikujemy treści, z którymi się utożsamiamy. Po co to wszystko?
Dla niektórych jest to okazja do zaistnienia, dla niektórych szansa na odnowienie utraconych kontaktów (jeśli nie możesz kogoś znaleźć, to daj się znaleźć jemu), dla niektórych reklama - w dodatku jedna z tańszych i lepiej stargetowanych reklam, a dla innych rozrywka. Nie wiem co jest rozrywkowego w uzewnętrznianiu siebie publicznie, uprawianiu internetowego ekshibicjonizmu, chęci zabawienia innych, często swoim kosztem.
Drugą stroną medalu jest paranoja, że ONI (kimkolwiek by nie byli) namierzą nas i... właśnie nie wiem i co. Kiedyś, używając Windowsa zostałem zapytany przez znajomego Linuxowca: "nie boisz się, że Bill Gates może wiedzieć co robisz na komputerze?" Nie - nie boję się. Jeśli Bill Gates, bogacz, nie ma nic lepszego do roboty niż obserwowanie całymi dniami co robię, to nie widzę w tym żadnego problemu - niech sobie ogląda - na zdrowie. Paranoja jest znacznie gorsza od publicznego ekshibicjonizmu, ale przyznać trzeba, że bez paranoi nasze dane szybko rozpłyną sie po internecie i każdy będzie miał do nich dostęp. I dobrze - w tym szumie informacyjnym będzie je tak samo trudno odnaleźć jak bez niego. Że dostanę na skrzynkę e-mail trochę spamu? Skasuję. Że będą dzwonić z promocjami? Nie odbieram. Że ktoś ma moje dane? Niech ma. Ma w sieci dane milionów ludzi, w tym i moje. Co z tego? Nie ustrzegę się tego.
Jednak brak anonimowości w sieci ma i swoje dobre strony - będąc zalogowanym w różnych programach i konkursach można wygrać nagrody bez wysyłania smsów (płatnych) czy inwestowania czasu w wyszukiwanie promocji. Promocje same się pchają - wystarczy odróżnić te wartościowe od nachalnego spamu. Ot i wszystko.
Dla chętnych bardziej romantycznej wizji naszej obecności w sieci polecam dziś książkę "Samotność w Sieci" teraz także w wersji nieco bardziej ekskluzywnej.

wtorek, 17 lipca 2012

Religia nie jest dla wszystkich


W Katolickiej Polsce mamy do czynienia z sytuacją, w której społeczeństwo dzieli się na trzy podstawowe grupy związane z religią - na Wierzących Chrześcijan, na Wyznawców Innych Religii oraz na Zdeklarowanych Ateistów. Co ciekawe do grupy trzeciej należą ludzie, którzy jasno i dobitnie prezentują swoje stanowisko w tej dziedzinie. Z dumą. Do pierwszej w zasadzie też, ale przeważnie ludzie Ci nie zgłębili tego, za czym się opowiadają. Myślę, że warto przyjrzeć się tej pierwszej grupie, gdyż poglądy głoszone przez nią często zaprzeczają samej religii. 
Spotykam się ostatnio z wieloma komentarzami odnośnie tego, że w religii coś jest nie tak, że coś należy zmienić, że spowiedź to przeżytek, że to, ze tamto. Postawmy sprawę jasno - żadna religia, w tym i Rzymsko-Katolicka nie jest dla każdego! Więcej - religia w dzisiejszych czasach ma zasady, które powodują, że jedynie niewielka grupa powinna zdecydować się na jej praktykowanie. Zasad tych się nie zmienia, a jedynie decyduje, czy chce się być członkiem tej religii z jej zasadami, czy też nie. Każda inna opcja to tworzenie nowej religii.
Religia nie jest tożsama z Wiarą, ale ją zawiera, tuż obok zasad, nakazów, zakazów, obrządków, praktyk i samej duchowości. Nie można przyjąć jedynie części poglądów i zasad rządzących jakąś religią, aby uznawać się za jej wyznawcę. Samo pismo mówi, że trzeba być zimnym lub gorącym, a nie letnim (Apokalipsa Świętego Jana, rozdział 3, wersety 15-16). 
Jeśli uważasz się za "wierzącego - niepraktykującego", to w co wierzysz? W Boga? A co to oznacza? Wierzysz, że istnieje? że istniał? że jest wszechmogący? że jest wszędzie? Wierzysz w Sąd Ostateczny? A może w to, że Bóg jest w trzech osobach? W Jezusa? W Ducha Świętego? A może wierzysz w Niepokalane Poczęcie? W Kościół? W którąkolwiek z tych rzeczy nie wierzysz? Sama Wiara to jeszcze nie religia. Jeśli masz wiarę, to dopiero początek do religii. Żeby uważać się za Członka Kościoła Rzymsko-Katolickiego musisz wierzyć we wszystkie te rzeczy, zachowywać przykazania, postanowienia kościoła i masę innych rzeczy, których wymaga ta religia. Jeśli buntujesz się przed spowiedzią, bo "to przeżytek", bo "Bóg jest wszędzie - po co mam się spowiadać księdzu", to zanim zaczniesz wygadywać brednie zgłęb najpierw czy rzeczywiście jest tak jak myślisz. Wbrew pozorom Kościół ten nie istnieje nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat, bo ma głupie i nieżyciowe zasady, ale dlatego że zasady te mają swoje uzasadnienie historyczne i obyczajowe, a nawet sam obrządek ma swoje źródła w rozsądnych i logicznych zasadach.

Spowiedź


Krótka lekcja o spowiedzi, która powinna być znana wszystkim Chrześcijanom jeśli nie z lekcji religii (tak bardzo niedocenianym, że wręcz ignorowanym przez tych, którzy później wypisują te wszystkie bzdury świadczące o ich niewiedzy i braku zgłębienia tematu), to przynajmniej z nauk przygotowujących do Bierzmowania (tak - te także są traktowane po łebkach, a przecież ich celem jest umożliwienie zrozumienia religii, w której chcemy później istnieć).
W czasach pierwszych Chrześcijan, żyli oni w społecznościach (miastach) rzymskich, w której ludzie wyznawali innych bogów. Ukrywali się więc, by nie oskarżono ich o wyznawanie fałszywych bóstw, co powodowało, że spotykając się potajemnie musieli sobie ufać. Kiedy ktoś z tej niewielkiej grupki zrobił coś złego, to albo uczynił zło któremuś ze swoich towarzyszy, a więc zaszkodził współwiercy, albo uczynił zło komuś z zewnątrz, skupiając uwagę na całej grupce, jako że była ona hermetyczna, a więc także zaszkodził swoim. Z tego powodu musiał ich przeprosić. W tym celu (tak nakazywał obrządek) nakładał szatę pokutną i chodził w niej aż do wielkiego czwartku, kiedy to (raz w roku) odbywało się publiczne wyznanie grzechów przed całym kościołem (przypominam - "Kościół Powszechny" o którym mowa w modlitwie to "Wspólnota Ludzi Wierzących". Wiara w kościół także jest warunkiem istnienia w tej religii), jako że czyn (zwany grzechem) skierowany był przeciwko temu kościołowi. Wtedy Kościół decydował, czy można takiemu grzesznikowi odpuścić - mógł wtedy zdjąć szatę i dołączyć do tych "rozgrzeszonych", czy też konieczne jest noszenie szaty aż do kolejnego Wielkiego Czwartku.
W miarę powiększania się ilości Chrześcijan okazało się, że w Wielki Czwartek nie ma możliwości wysłuchania wszystkich grzeszników, pozwolono więc na spowiedź w czasie innych dni. Powstał także problem ilości osób potrzebnych do odpuszczenia - gdy cały Kościół liczył kilkanaście osób, nie było problemu. Przy kilkudziesięciu czy kilkuset, technicznie nie było to możliwe. Wybrano więc przedstawicieli Kościoła, którym dano prawo odpuszczania w imieniu wszystkich członków kościoła - całej wspólnoty. Uznano, że Ci ludzie mają niezbędna wiedzę i predyspozycje, żeby odpuszczać grzechy w imieniu Kościoła (a nie w imieniu Boga - Bóg jest wszechmocny, więc poradzi sobie sam z odpuszczaniem grzechów). 
Ksiądz nie odpuszcza więc grzechów w imieniu Boga, a w imieniu ludzi. A wyznając religię Rzymsko-Katolicką nie można nie zgodzić się z tym rytuałem, ponieważ jest to nierozłączna część tej religii!

Warto także zawsze pamiętać, że samo wyznanie grzechów to jeszcze nie spowiedź. Potrzebny jest też rachunek sumienia, żal za grzechy, postanowienie poprawy i zadośćuczynienie - bez któregokolwiek z tych warunków możemy sobie równie dobrze odpuścić wyznanie grzechów - spowiedź i tak jest nieważna. Tylko pamiętajmy - nikt nam nic za to nie zrobi, ale jeśli ktoś chce wyznać grzechy, żeby przyjąć opłatek, równie dobrze może to zrobić bez wyznawania - tak samo się nie liczy.

Apeluję więc o chwilę zastanowienia zanim się coś palnie - czy jestem członkiem tej religii? A może przyjąłem część zasad, która mi odpowiadała i jestem tylko trochę bardziej religijny niż mój sąsiad i brat? Pamiętaj - zimny lub gorący. Albo jesteś albo nie. Nie ma mniej i bardziej. Wszyscy możemy popełniać błędy, jednak jeśli chcemy uważać się za Chrześcijan, powinniśmy próbować walczyć z własnymi błędami tak, jak chcąc uchodzić za ludzi inteligentnych powinniśmy stale pogłębiać swoją wiedzę, żeby nie wypowiadać się na tematy o których nie mamy pojęcia.

Na rynku jest wiele książek traktujących o religii, jednak czytanie ich wszystkich mija się z celem. Dużo więcej da szczera i otwarta rozmowa z księdzem - najlepiej z takim, który ma doświadczenie w prowadzeniu lekcji religii lub przygotowaniu do bierzmowania. To wbrew pozorom nie są zaślepieni ludzie, nie mający własnych poglądów, za to z pewnością mają wiedzę na temat religii, która to wiedza może niejednego zadziwić. Nawet tych, którym wydaje się, że wiele na ten temat wiedzą. 
Jeśli zaś chodzi o książki, to polecam oczywiście Pismo Święte - najlepiej bogate, ilustrowane wydania w dobrym przekładzie. To książka, ktorą zawsze warto mieć, kupuje się ją raz na całe życie, warto więc zainwestować i mieć porządne wydanie, do którego będzie się sięgać z przyjemnością.Przypominam jednocześnie, że to nie jest jakaś tam książeczka, którą trzeba przeczytać od deski do deski. Pisma Świętego nie powinno się czytać od deski do deski, ponieważ to nie pozwala się skupić. Należy czytywać fragmentami. Można posłużyć się w tym celu kalendarzem i czytać fragment przeznaczony specjalnie na dany dzień liturgiczny - to dużo bardziej wartościowy sposób.

PS

Dla wyjaśnienia i dla dociekliwych - nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem członkiem Kościoła Rzymsko-Katolickiego, bo świadomie nie zachowuje niektórych jego zasad. Wiedzę natomiast niezbędną do swobodnego i rzeczowego wypowiadania się w temacie posiadłem z racji licznych zainteresowań, także i tą dziedziną.

środa, 11 lipca 2012

Refundowanie In Vitro

Ostatnio w mediach pojawił się temat refundacji zapłodnień in vitro. Więc pytam, skoro jest temat, a nasz rząd nie umie sobie poradzić z jego ciężarem, czemu nie zrobić referendum w tej sprawie? Czemu po raz kolejny chcą nam wcisnąć ustawowy bubel na który my, Podatnicy będziemy płacić. Brak możliwość zajścia w ciążę nie zagraża niczyjemu życiu lub zdrowiu. Jeśli ktoś ma potrzebę posiadania dzieci i koniecznie chce, żeby to było jego genetyczne potomstwo, to niech sam za to płaci. Czy jeśli ktoś dzieci mieć nie chce, a nie jest bezpłodny, powinien się domagać refundacji środków antykoncepcyjnych? Czy jeśli jakaś kobieta uważa, że ma za małe piersi, niewłaściwy nos, płaski tyłek i chce sobie zrobić operacje plastyczną, to powinna się zwrócić po refundację do Państwa? Jeśli ktoś chce mieć dzieci a nie stać go na In Vitro, to niech oszczędza - wychowanie dziecka też kosztuje, może my, podatnicy, powinniśmy płacić i na to, bo komuś nie chce się zrezygnować z palenia, picia albo innych używek, albo po prostu nie ma środków do życia, a dzieci chce mięć. Domy dziecka są pełne dowodów miłości, którymi nikt nie chce się zająć. Może niech tam przeleją swoją miłość pary czekające w kolejkach do in vitro, skoro chcą, żeby to ktoś inny za to zapłacił?
Radziłbym najpierw zapoznać się z kilkoma faktami o in vitro. Występuje ogromne prawdopodobieństwo wystąpienia rożnych wad i chorób włącznie z przeniesieniem niepłodności rodziców na dziecko po tego rodzaju zapłodnieniu. Więc w efekcie takiego zapłodnienia i tak w moich podatkach będę płacił za leczenie takiego dziecka. A nie chcę, skoro szansa na ułomności jest większa a natura juz raz to uwarunkowała.
Wiele opinii brzmi: "Tak - niech Państwo na wszystko da". Drodzy rodacy - Państwo "ma", bo Państwo grabi nas na niebotycznych podatkach . Jeśli by je ograniczyć, to każdego chętnego stać by było na zapłodnienie in vitro, operacje plastyczne, mieszkania, dobre ubezpieczenie zdrowotne i co tam jeszcze by chciał. To nie jest tak, że trzeba na wszystko brać od Państwa. Trzeba spowodować, żeby to Państwo nie brało od nas.

A jeśli ktoś ma coś od Państwa dostać, to ja chcę telewizor. Albo samochód. W końcu to i tak taniej niż za in vitro, więc na mnie Państwo oszczędzi.

niedziela, 8 lipca 2012

Nowoczesne Technologie - Telefony

Pierwsze telefony komórkowe służyły zgodnie z przeznaczeniem swoich pierwowzorów - do dzwonienia. Producenci jednak zaczęli prześcigać się w pomysłach na to, co jeszcze wsadzić w te małe urządzenia, które każdy ma przy sobie. SMSy, budzik, ewentualnie kalendarz - to jasne. Aparaty fotograficzne, MMSy, gry, odtwarzacze muzyki, to coś bez czego można się obejść, ale obecnie znajdują się w każdym prawie modelu. Jednak na tym nie poprzestano - rozwijano coraz to nowsze, bardziej zaawansowane i wymyślne funkcje i aplikacje, aż w końcu niektóre telefony wcale telefonu nie przypominają. Obecnie są to urządzenia do wszystkiego, czyli przeważnie do niczego. Władowanie tak wielu funkcji w jedno małe urządzenie powoduje, że funkcja podstawowa zaczyna schodzić na drugi plan a aparat telefoniczny przestaje być funkcjonalny. Nie mówię tylko o nieczytelnym, nieintuicyjnym menu, coraz krócej działającej baterii, ale także o tym, że taki telefon coraz trudniej kontrolować. Komplikacje są zauważalne szczególnie na poziomie oprogramowania - poziomie do którego mało kto ma dostęp. Dowodem tego mogą być na przykład ataki hackerów poprzez aplikacje skanujące kody - tzw Quick Response. Jak się przed tym ustrzec - ano nie skanować kodów. Tylko w takim wypadku - po co komu telefon, który to potrafi? Skanować tylko znane kody? Te kody już znamy - po co je skanować? Trzeba byłoby sprawdzać każdy taki kod - a to zapewne nowa funkcja telefonu, dodatkowo płatna.To jedyny pewny sposób, chwilowo jednak pozostaje uważać na jakie strony jesteśmy przekierowywani i szyfrować dane. Albo kupić tańszy telefon bez funkcji pozwalającej skanować kody, żeby nie kusiło. Na szczęście producenci telefonów cały czas produkują modele, które przeznaczone są nie dla gadżetomaniaków, ale dla szarych użytkowników. Nie są szeroko reklamowane, ale istnieją i mają inne, ciekawe funkcje. Przykładowo Nokia X1-01 obsługuje 2 karty Sim - jest to usprawnienie więcej dające niż wszystkie aparaty fotograficzne, wielkie wyświetlacze i skanery kodów. Dodatkowo model ten jest świetnym odtwarzaczem muzyki a bateria trzyma relatywnie długo.


sobota, 7 lipca 2012

Fala Upałów

Sama fala upałów jest oczywiście czymś najzupełniej normalnym i znanym od wielu lat. Media biją na alarm. Lekarze przestrzegają. Tylko dlaczego nadal zaskoczeni upałami nie umiemy się przed nimi bronić? Dlaczego wiedząc, że ten problem występuje co roku w szpitalach nie jest montowana klimatyzacja? Przecież to właśnie jest artykuł pierwszej potrzeby - wcale nie chodzi o zbytek. Upał jest przecież swego rodzaju stanem wyjątkowym, a niewiele brakuje, żeby przemienił się w klęskę żywiołową, w katastrofę. Kto próbował w Warszawie przemieszczać się komunikacją miejską ten wie, że autobusy i tramwaje bez klimatyzacji przypominają piekarniki mimo pootwieranych okien, a pojazdy z klimatyzacją są dużo bardziej oblegane i tłok skutecznie niweluje działanie klimatyzacji. 
Apel do ludzi, którzy mogą podróżować w innych godzinach - róbcie to poza godzinami szczytu, możliwie rano, żeby chociaż trochę rozładować tłok.

Stanowisko pracy


Nie tylko na stanowisku pracy w szpitalach ciężko jest wytrzymać przy 35 czy 40 stopniach Celsjusza. Także w innych zakładach pracy, urzędach i biurach, a nie tylko na budowach i w fabrykach, ciężko jest pracować gdy pot zalewa oczy, a organizm jest przegrzany. Jednak część pracodawców nie przejmuje się stanem miejsc pracy, gdyż sami albo mają klimatyzację w gabinetach, albo skracają sobie godziny pracy tak, by mniej czasu być narażonym na szkodliwe warunki. Spowodowane jest to, jak zwykle w naszym kraju, błędnymi przepisami. Ustawa mówi wyraźnie o najniższej temperaturze w miejscu pracy, która dla prac biurowych wynosi 18 stopni (hala produkcyjna to 14 stopni), natomiast o temperaturze maksymalnej nie wspomina. Jedyna wskazówka dotyczy napoi i posiłków profilaktycznych dla pracowników biurowych pracujących w temperaturze ponad 28 stopni (pracownicy pracujący na otwartej przestrzeni - 25 stopni). Z tego wynika, że przy dowolnie wysokiej temperaturze nadal należy pracować! To nie jest normalne - jeśli nie potrafimy zapewnić pracownikowi odpowiednich warunków do pracy, w tym temperatury, to nie powinniśmy pracować w gorące dni (szefowie przecież w tych warunkach nie pracują), powinniśmy przynajmniej skrócić godziny. A rząd w tej sprawie powinien stanąć po stronie pracowników (w tym wspomnianych wyżej lekarzy) i zmienić ustawę tak, by była przystosowana do rzeczywistości. W zimny dzień zawsze mogę w pracy się ubrać, ale w gorący się nie rozbiorę!